9.12.12

O poczuciu wartości

      Wczoraj wspólnie z Agnieszką Stein zastanawiałyśmy się (my, mamy) nad poczuciem wartości. Swoim i dzieci. Trzygodzinna wymiana myśli, spostrzeżeń, wątpliwości i pytań upewniła mnie, że to, co mogę dać najlepszego moim Córkom, to wspieranie ich poczucia wartości. I mojego także. Ufam, że mój wewnętrzny dobrostan jest przyczynkiem do wysokiego poczucie wartości Dziewczynek. I wiem, że One nie będą radosne, pewne siebie, godne zaufania, otwarte, jeśli ja je takimi nie będę widziała.
     Czym jest poczucie wartości? Agnieszka podała definicję, która leżała w moim sercu od dawna: „Jestem ważna, moje życie ma sens, mam swoje miejsce w świecie, nikt nie może mnie zastąpić. Świat beze mnie nie byłby lepszy. Jestem wyjątkowa. Tak jak wyjątkowi są inni ludzie. Nie ma nikogo na świecie takiego samego jak ja. Jestem niepowtarzalna.”

    Bezwarunkowa miłość i pełna akceptacja to najważniejsze elementy dziecięcego poczucia wartości. Co jeszcze pomaga go budować?
  • uważne słuchanie 
  • empatyczne mówienie 
  • czas i bycie dla dziecka 
  • bliskość 
  • okazywanie zainteresowania 
  • odpowiadanie na potrzeby dziecka 
  • szacunek, nie tylko dla dziecka, ale także dla jego planów, marzeń
  • zauważanie emocji 
  • umożliwienie podejmowania decyzji 
  • zgoda na samodzielność i zgoda na popełnianie błędów
  • zaufanie
  • bezpieczna więź
  • dziękowanie za obecność dziecka 
  • jakość relacji nie tylko z dzieckiem, ale i z innymi ludźmi 
  • traktowanie innych
  • dbanie o ciało dziecka
      A co przeszkadza w budowaniu poczucia wartości u dziecka?
  • ocena
  • krytyka
  • osąd moralny
  • porównywanie 
  • krzyk 
  • kary i nagrody 
  • autorytarne wychowanie 
  • bagatelizowanie uczuć 
  • pomijanie potrzeb
  • pośpiech
         Budowanie poczucia wartości to proces. Zaczyna się niemal z chwilą narodzin i trwa całe życie. Bardzo ważny w tym procesie jest okres dzieciństwa, bo to od niego trochę zależy z jakim bagażem nasze dzieci wejdą w dorosłe życie.
        To, czy moje dzisiaj małe córki lubią siebie i czy będą lubić siebie kiedy dorosną, kiedy będą Kobietami, zależy między innymi od tego, czy ja dziś lubię siebie i lubię je. Na oba pytania odpowiadam: tak.


19.11.12

Zła tradycja

       19 listopada to Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy Wobec Dzieci. Polecam artykuł Moniki Sajkowskiej z Fundacji Dzieci Niczyje. 
Przyłączcie się do akcji. Umieście plakat na swoich blogach. 

18.11.12

Do kąta marsz!

       Jestem wściekła. Dwa dni temu przyjaciółka powiedziała mi, że w przedszkolu jej córki stawia się dzieci do kąta. W dwóch innych przedszkolach też się praktykuje taką formę karania dzieci za nieposłuszeństwo. I zdaje się, że nie są to jedyne przedszkola w Polsce.
       Nie wiem co mam z tym zrobić, bo wiadomość spadła na mnie prawie jak grom z jasnego nieba. Słowo honoru - przez myśl mi nie przeszło, że dzisiaj jeszcze stawia się dzieci do kąta. Owszem, wiem, że sadza się je na karnym jeżyku, krzesełku wyciszenia czy wyprowadza do pokoju dobrych emocji. Takie formy karania są praktykowane, bo polecane przez Super Autorytety od wychowania :( Ale stawianie do kąta??? Z nakazem patrzenia na ścianę, czyli zakazem kontaktu wzrokowego z rówieśnikami.
     Jestem wściekła, bo chcę by dzieci były chronione przez instytucje powołane do wspierania rodziców. Chcę żeby były szanowane, brane pod uwagę. Nie zgadzam się na karanie dzieci! Nie zgadzam się na karanie dzieci w przedszkolach! W szkołach też nie!

 Dlaczego nie zgadzam się na karanie dzieci? 
  • Kary są skuteczne. Niestety. Są skuteczniejsze niż metoda oparta na tłumaczeniu i dobrym przykładzie, ale niestety na bardzo krótką metę.
  • Karzący decyduje o tym co jest dobre, a co złe. Kara nie przewiduje rozmowy o tym, czego ja chcę, a czego chcesz ty. Ważne jest tylko to, czego ja chcę.
  • O tym co jest dobre, a co złe decyduje starszy, silniejszy, będący na stanowisku.
  • Kara zawsze rani, godzi w poczucie wartości.
  • Kara to informacja dla dziecka: jesteś do niczego.
  • Kara uczy jak się nie zachowywać, a nie jak się zachowywać. 
  • Kara to wycofanie akceptacji (i miłości)
Ci, których karzemy,  kochają coraz mniej.
P. S. Polecam książki Alice Miller

13.11.12

Tylko krowa nie zmienia zdania (podobno)

    Blogowe zabawy i łańcuszki to nie moje klimaty. Kiedyś, nie pamiętam kiedy, ktoś, nie pamiętam kto, nominował mnie do czegoś, nie pamiętam do czego. Potem był drugi ktoś. W obu przypadkach grzecznie podziękowałam i tyle mnie widzieli. Kilka dni temu dostałam wyróżnienia, a dziś kolejne. Pierwsza myśl - nie lubię łańcuszków. Druga - ktoś wybrał taką strategię, by wyrazić uznanie, ktoś inny - by dowiedzieć się jeszcze czegoś o mnie. 

Dziękuję BiG m za wyróżnienie

 
Przekazuję je Dziewczynom, których słowo pisane mnie porusza i wzrusza. Wyróżnienie wędruje do:
Gosi z manufaktury radości 
Agnieszki, mamy Ani
Zmysłoczułej mamy Antosia

Jeśli macie ochotę na zabawę to przekażcie wyróżnienie dalej.

Ojciec Karmiący i Mama blogująca zaprosili mnie do zabawy w 11 pytań.


"Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę".  Nominowany/nominowana odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie  nominowany/nominowana tworzy swoich własnych 11 pytań i nominuje 11 osób do udziału w zabawie. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie oraz który został nominowany wcześniej. Uff, to tyle zasad:)" (za Ojcem Karmiącym)

1. Kawa mała czarna, czy długa z mlekiem? 
Bardzo długa.
2. Życie w rytmie samby, czy Błękitnej Rapsodii? 

W rytmie samby. 
3. Poezja czy proza?
Proza. 
4. Jeśli życie to podróż to jesteś turystą, czy przewodnikiem?
Przewodnikiem.
5. Ołówek czy pióro?
Pióro
6. Miasto, czy wiocha?
Miasto
7. Słodkie czy słone [to ulubione ojca pytanie jakie słyszał na pokładach różnych samolotów;)]
Ani słodkie, ani słone.
8. Komedia czy dramat?
I komedia i dramat.
9. Tworzyć czy odtwarzać?
Tworzyć
10. Wiedzieć dlaczego (coś się dzieje), czy po co (to się dzieje)?
Po co?
11.  Smakować, czy zaspokajać głód?
Smakować.


1. Czego najbardziej się boisz?
Życia bez córek
2. Jakie rzeczy zabrałabyś na bezludną wyspę?
Internet :)

3. Jakiego przedmiotu nie lubiłaś w szkole?
Chemii
4. Jaka osoba z przesżłości najbardziej zapadła Ci w pamięć i dlaczego?
Wiele było takich osób

5. Jakie są Twoje ulubione kosmetyki?
Polskie 
6. Co zawsze nosisz w torebce?
Telefon 
7. Jaki zawód wybrałabyś dla swoich dzieci?
Niech same sobie wybiorą
8. O jakich tematach na blogach lubisz czytać?
Lubię czytać to co mnie porusza
9. Jaki jest dowcip który powalił Cie na kolana?
Brak
10. Ulubiona - Kawa lub herbata?
Dawniej kawa, dziś herbata 
11. Od czego zaczynasz swój dzień?
Od wstania z łóżka 


         Moja 11-stka :) Zapraszam do zabawy, jeśli macie ochotę. 
1. Kwoka Górska
2. Sama Mama i Janko Odkrywca
3. Szmacianki dla Julki i Mańki
4. Złota Pszczoła
5. W Krainie Fiołków
6. Zezuzulla
7. Marek Koparek
8. Zeszyt Rozterek
9. EmilowoWarsztatowo
10. Mama (nie tylko) Adama
11. morganprojekt

I pytania, a właściwie zdania, które trzeba dokończyć:
1. Bloguję, bo ...
2. Lubię, gdy ...
3. Patrzę w przyszłość i ...
4. Zachwyca mnie człowiek, który ...
5.W czasie wakacji ...
6. Złoszczę się, gdy ...
7. W książkach szukam ...
8. Fascynuje mnie ...
9. Moje dzieciństwo miało smak ...
10. Moje dzieci są ...
11. Gdy wygram w Lotto ...






6.11.12

Zo Waleczna

      Mamo wiesz, ja bardzo lubię Meridę. Tak samo jak Simbę. (Nic nie mówię. Patrzę na dziecko. Kiwam głową. Jestem). Lubię ją, bo ona wie, czego chce. (Troszeczkę jestem zaskoczona, mimo że często pytam Zo: czego chcesz?). I jest uparta, jak ten osioł.  Mówi, że nie wyjdzie za mąż i mama ją nie przekona. U nas też tak jest, prawda mamo? (Prawda, córko.) A wiesz dlaczego ona nie chce wyjść za mąż? (Ja wyjdę - dorzuca Zo - ożenię się z Wiktorem i będziemy mieć dzieci). No wiesz mamo? (Kiwam przecząco głową). Bo Merida wie czego chce, to znaczy wie czego nie chce. Ja też wiem i będą Meridą i do niczego nie możesz mnie zmusić. (Trochę mi głupio)
 

        Lubię Meridę Waleczną. Lubię Zo Waleczną. Lubię wszystkie te dzieci, które mówią: "nie, nie będziesz mi rozkazywać", "nie, ja nie chce tego jeść", "sama zdecyduję", "na pewno tego nie zrobię" "nie, nie teraz, teraz się bawię" itp. Lubię dzieci, które wiedzą, czego chcą i czego nie chcą. Lubię je, choć w obsłudze do najłatwiejszych nie należą :)

25.10.12

Przerwa na mamę

       Byłam dzisiaj gościem "Przerwy na mamę". Rozmawialiśmy o Porozumieniu bez Przemocy. Wróciłam zmęczona i chciałam iść spać. Najlepiej zaraz po przekroczeniu progu domu. Nie poszłam. W głowie kotłują się myśli. Wciąż jestem tam, nie tu.

         Dla Mam dzisiaj poznanych, jako podsumowanie i mam nadzieję inspiracja. Porozumienie bez Przemocy to:
  • sposób bycia z sobą i z drugim, u podstaw którego leży głębokie przekonanie, że ludzie pragną wzbogacać życie nie tylko własne, ale i innych;
  • sposób komunikacji uwzględniający drugiego człowieka, jego uczucia i potrzeby;
  • taki sposób mówienia i słuchania, który pozwala człowiekowi "zachować to, w co wierzy, nawet w trudnych momentach i niesprzyjających okolicznościach" (M.Rosenberg);
  • posługiwanie się słowami, które są nośnikiem tego, co widzimy, słyszymy, co czujemy i czego potrzebujemy;
  • nastawienie na obserwację, nazywanie uczuć, uzewnętrznianie potrzeb i poszukiwanie najlepszej z możliwych strategii;
  • styl rodzicielstwa,  w którym uczucia i potrzeby wszystkich członków rodziny są ważne i brane pod uwagę.
 Dobranoc.

16.10.12

Potrzebuję... Potrzeby Starszej

Trochę retrospekcji.  

           Za nami szereg spotkań Starszej z Młodszą i różne postawy Zo:
1. "Teraz nikt mnie już nie lubi"
2. "Chcę sama zdecydować, czy pojadę z Tobą do szpitala czy nie",
3. "Jak wrócicie z Zuzą do domu to wszyscy będziemy spać w naszym łóżku"
4. "Nie chcę, żeby Ona płakała. Ma w tej chwili przestać"

        Za tymi zdaniami ukryła się Zo ze swoimi uczuciami i potrzebami. Mała Dziewczynka wypowiada te zdania i pragnie być nie tylko usłyszana, ale i zaakceptowana. Mała Dziewczynka, która odtąd będzie dzielić nie tylko swój pokój i zabawki, ale i rodziców z jeszcze Mniejszą Dziewczynką, chce wiedzieć, że jej uczucia i potrzeby są wciąż ważne. Co tak naprawdę powiedziała Zo? 
1. "Boję się, jestem zdezorientowana, bo chcę być dla Was wciąż ważna. Chcę żebyście mnie widzieli i słyszeli. Potrzebuję Waszej uwagi i zainteresowania".
2. "Chcę móc powiedzieć "tak"lub"nie" i chcę, żeby moja decyzja była przez Was zaakceptowana. Czuję się niepewnie, bo nie wiem czy mogę teraz odmówić" 
3. "Cieszę się, że wszyscy będziemy razem. Tęsknię za mamą, chcę żeby była przy mnie". 
4. "Nie chcę żeby płakała, bo wtedy mama przestaje się ze mną bawić". 

         Przed nami czas wypełniony zdaniami Zo, za którymi ukrywać się będzie Starsza Siostra, ale wciąż Mała Dziewczynka, ze swoimi uczuciami i potrzebami. I obym miała uszy zawsze gotowe do słuchania i oczy gotowe do widzenia. 




Abecadło (część 2)

I jak informacja zwrotna
Informacja zwrotna to kolejny element nie tylko zmniejszający dystans między nadawcą, a odbiorcą, ale także budujący żywą, autentyczną relację. Prośba o informację zwrotną ma dać nam pewność, że nasz rozmówca odebrał ten sam komunikat, który mu przekazaliśmy. Jest to szczególnie ważne z czasie trudnych, bardzo emocjonalnych rozmów lub gdy osoby są w trudnej relacji. Dzięki informacji zwrotnej mamy szansę upewnić się, że nie zaszło żadne nieporozumienie. 


J jak język żyrafy i język szakala
Język żyrafy nazywany językiem serca lub językiem współczującym to język uczuć i potrzeb. Żyrafa mówi w liczbie pojedynczej i o sobie. W czasie rozmowy nastawia się na słuchanie drugiego i bycie przez niego usłyszaną. Potrafi dotrzeć do swoich i 
cudzych potrzeb, zarówno tych zaspokojonych, jak i niezaspokojonych. Żyrafa wyraża siebie jasno i szczerze. Mówi "nie" kiedy myśli "nie". Mówi „tak”, kiedy myśli „tak”. Odnosi się z szacunkiem i empatią do drugiego. Żyrafa żyje by wzbogacać życie, swoje i innych.  By dawać z serca i brać z serca.
Język szakala obfituje w oceny, krytykę, porównania, analizy. Szakal w czasie rozmowy posługuje się etykietami (jesteś dzieckiem wiec nie masz nic do powiedzenia), stereotypami (kobiety nie są dobrymi przywódcami bo kierują się emocjami), 
uogólnieniami (wy mężczyźni tak macie). Straszy karami (jeśli dostaniesz z testu jedynkę nie wyjdziesz przez cały weekend z domu) lub kusi nagrodami (jeśli zjesz obiad dostaniesz cukierka). Szakal oczekuje, że inni spełnią jego żądania. Inni są  po to, by zaspokajać jego potrzeby. Jeśli tak się nie dzieje szakal kąsa, gryzie, drapie...i już jesteśmy w środku konfliktu. Język szakala porównywany jest do języka królów, którzy decydują o życiu i śmierci."Musisz" "powinieneś", "to twój obowiązek" - to śpiewka szakala.

K jak konflikt, będący wyrazem niezaspokojonych potrzeb
Konflikty istnieją, bo niemożliwe jest zaspokojenie potrzeb wszystkich ludzi. Niemożliwe jest także zaspokojenie wszystkich potrzeb jednego człowieka. W PbP możliwe jest jednak rozwiązanie konfliktu z uwzględnieniem uczuć i potrzeb wszystkich jego stron.
W świecie dominacji, w którym żyjemy przez większość czasu inni decydują za mnie, inni wiedzą lepiej i dlatego oni ustalają zasady i reguły, którym trzeba się podporządkować,a motywacją działania jednostki są kary i nagrody. W tym świecie aby została zaspokojona potrzeba muszę „wykorzystać” konkretna osoba lub sytuacja, a to oznacza konflikt, bo człowiek chce mieć wybór. Tymczasem moje oczekiwania wobec niego, moje sfokusowanie się na jakąś konkretną strategię powoduje, że nie biorę pod uwagę jego uczuć i potrzeb. Kiedy rolę się odwracają i to ja staję się czyjąś strategią na zaspokojenie jakiejś konkretnej potrzeby, to mówię „tak”, choć nie myślę „tak”,

M jak model 4 kroków
Model 4 kroków składa się z:
  1. obserwacji
  2. uczucia
  3. potrzeby 
  4. prośby 
Model 4 kroków nie służy do nakłonienia kogokolwiek do czegokolwiek. Takie myślenie na dłuższą metę zwykle prowadzi donikąd. Metoda 4 kroków jest „tylko” i wyłącznie techniką, sama w sobie nie jest Porozumieniem bez Przemocy. Ułatwia praktyczne zastosowanie PbP – natomiast o jej skuteczności decyduje pragnienie nawiązania i utrzymania kontaktu.

N jak „nie”
W PbP „nie” to początek, a nie koniec dialogu. „Nie” to jedno z najpiękniejszych słów. „Nie” dla Ciebie oznacza „tak” dla mnie.
Kiedy słucham uszami żyrafy to w „nie” nie ma odrzucenia, warunku, oczekiwania, a jedynie zachętę do posłuchania opowieści o „tak”. Jeśli jestem otwarta na „nie” to mogę powiedzieć: „kiedy mówisz „nie”, to czy jesteś... (uczucie) i czy w ten sposób chcesz mi powiedzieć o ... (potrzeba)”.
Jeśli mówię „nie” wtedy, gdy myślę „nie”, nie tylko chronię się przed frustracją, ale także przed wykorzystaniem, nadużycie.

O jak odpowiedzialność
W PbP nie jestem odpowiedzialna za to, jak inni interpretują i odbierają moje słowa. Nie jestem odpowiedzialna za to, co czują inni ludzie. Ich uczucia pochodzą z rodzinnych domów, szkół, z nabytego doświadczenia. Nie jestem odpowiedzialna za nie, bo uczucia pochodzą z wnętrza człowieka i zawsze mówią o tym, co jest dla niego ważne. Poza moją odpowiedzialnością znajdują się więc intencje, myśli, uczucia, potrzeby oraz czyny innych osób.
Pełną odpowiedzialność ponoszę jedynie za swoje życie oraz za:
  • intencję z jaką wypowiadam słowa,
  • uczucia, które we mnie powstają,
  • potrzeby, które we mnie są,
  • strategie, które wybieram by je zaspokoić.

P jak potrzeba
Komunikacja w duchu Porozumienia bez Przemocy oparta jest przede wszystkim na założeniu, że potrzeby wszystkich ludzi są uniwersalne i jednakowo ważne. Potrzeb nie determinuje kultura, wiek czy płeć. Wszyscy mamy takie same potrzeby, tylko strategie na ich zaspokojenie bywają różne. Weźmy na przykład potrzebę bezpieczeństwa. Maluch, aby ją sobie zapewnić chwyci mamę za rękę, schowa się za jej spódnicą lub zamknie się w pokoju, gdy pojawiają się w naszym domu goście. Dorosły wykupi ubezpieczenie na życie, odkładają do przysłowiowej skarpety „” do miesiąc lub szukają partnera, który będzie dla nich wsparciem.
Skupienie się i dążenie do wzajemnego zrozumienia na poziomie potrzeb sprzyja nawiązaniu relacji z drugą osobą. Pozwala także pozostając w zgodzie z samym sobą, uwzględniając swoją wyjątkowość i indywidualizm lepiej poznać samego siebie i drugą osobę.

R jak Rosenberg
Marshall B. Rosenberg, psycholog, terapeuta, mediator, twórca modelu komunikacji zwanego Porozumieniem bez Przemocy (Nonviolent Communication). Autor wielu książek, w których uparcie powtarza, że my ludzie „mamy wrodzoną zdolność cieszenia się, gdy możemy dawać i brak w sposób współczujący”. W swoich pracach poszukuje odpowiedzi na dwa kluczowe pytania:
  1. Dlaczego tracimy kontakt z własną współczującą naturą, tak że dopuszczamy się przemocy?
  2. Jaka właściwość pozwala niektórym ludziom pozostać w kontakcie z własną współczującą naturą nawet w okolicznościach, które wystawiają ich na najcięższe próby?
S jak szkoła
Edukacja wzbogacająca życie skupia się na dostarczaniu przez nauczycieli okazji do nauki, która da uczniom siłę i pozwoli im rozwiązać problemy ludzkości. Uczniowie mogą się też nauczyć, jak wzbogacać swoje życie i jak pomóc innym wzbogacać ich życie”.
W szkole opartej na PbP podstawową wartością jest dialog. Reguły, zasady, uzgodnienia, regulaminy ustalane są wspólnie przez nauczycieli i uczniów. Celem edukacji jest uczynić życie piękniejszym poprzez zaspokojenie potrzeb jak największej ilości osób, a motywacją działania wykład w dobro innych.

T jak trening
Jeśli chcemy pozbyć się starych nawyków musimy trenować. Codziennie. Rosenberg przekonuje, że każdy może nauczyć się komunikowania się z innymi bez Przemocy. O tym, czy będzie to łatwe, czy trudne decyduje nasze postrzeganie drugiego człowieka. Klasyfikowanie ludzi na tych dobrych i na tych złych utrudnia nawiązanie i utrzymanie kontaktu z drugim, szczególnie z tym „złym”. Natomiast dostrzeganie, że źródłem wszelkich działań człowieka jest pragnienie zaspokojenia potrzeb własnych lub innych jest szansą na tworzenie wzbogacającej przestrzeni. Trudno jednak to dostrzec, gdy kilkanaście lub kilkadziesiąt lat gdy do głowy wkładano nam że są dobrzy i źli, grzeczni i niegrzeczni, dobrze i źle wychowani, prawi i grzeszni. Gdy „takie” zachowania są właściwe i mile widziane, a „takie” - niestosowne i niekulturalne.
Nowe, czytaj żyrafie uszy, oczy i serce można nabyć trenując. Warto znać teorię, ale jeśli nie będziesz próbować zastosować jej w praktyce, to jest ona bezużyteczne. Jeśli już jesteś po lekturze, którejś z książek Rosenberga, to czas na ćwiczenie, ćwiczenie i jeszcze raz ćwiczenie. Nazywaj pojawiające się w tobie uczucia. Określaj swoje potrzeby. Wyrażaj empatię, wobec siebie i innych. Idź na kurs, warsztaty. Stwórz grupę wsparcia.

U jak uczucia rzekome
Rosenberg do uczuć rzekomych, czyli pochodzących z głowy, a nie z serca zaliczył: gniew, poczucie winy, wstyd i depresję. Te uczucia odcinają od życia, bo skupiają się nie na tym co czuję, ale na tym co myślę o danej sytuacji, o drugim człowieku, o jego zachowaniu. Za uczuciami związanymi z myśleniem zawsze stoją uczucia pochodzące z serca. I tak za gniewem może stać złość, bezsilność; za wstydem czy poczuciem winny – zażenowanie, zakłopotanie, smutek. Kiedy pojawia się któreś z tych rzekomych uczuć to mogę mieć pewność (często 100%), że oderwałam się od swoich potrzeb, że tak naprawdę nie wiem już o co mi chodzi. Myślę, że czegoś nie powinnam była robić, że ten drugi powinien zrobić to czy tamto, że tak się powinno postępować i w owej powinności albo jej braku widzę nie potrzebę autonomii, harmonii, wyboru czy uznania, a jedynie winę. Swoją lub kogoś innego.

W jak władza NAD dzieckiem i władza Z dzieckiem
Władza NAD... to władza rodzicielska oparta na stylu dominującym, w którym Duży wie lepiej i dlatego może kierować Małym. Decydować za niego, kontrolować go, wymagać od niego. Do osiągnięcia celu – wypuszczenia w świat grzecznego, dobrze wychowanego dziecka – używa więc kar i nagród. Podporządkowujący się otrzymują nagrody, a buntujący się – kary. Rodzic posiadający władzę decyduje co jest dla dziecka dobre, a co złe. Które zachowania są właściwe, a które naganne. Kto postępuje słusznie, a kto jest w błędzie.

Władza Z... to tworzenie relacji w oparciu o styl wzbogacający. W tym stylu Mały jest równy Dużemu, co oznacza, że jego uczucia i potrzeby są tak samo ważne, jak uczucia i potrzeby Dużego. Fundamentem „władzy Z” jest przekonanie, że ludzie chcą ze sobą współdziałać, jeśli tylko ich potrzeby są brane pod uwagę. Współpraca opiera się na wolności i wzajemnej współzależności stąd dzieci traktowane podmiotowo, z szacunkiem i empatią chętnie odpowiadają na prośby i potrzeby swoich rodziców. 
Z jak „zaprogramowanie”
„Zaprogramowanie” dzieci na Porozumienie bez Przemocy wyeliminuje wojny. 


 
Więcej znajdziesz na portalu Dzieci są ważne:
 Abecadło cz.1.


13.10.12

Życie z Życia (4)

Mama Dwóch Chłopców: 


Wszystkim naokoło mówiłam, że urodzę w pełnię - dla żartu, podobno wtedy rodzi się najwięcej dzieci. A i termin rozwiązania miałam właśnie w tej okolicy.

Rano zadzwoniłam do mamy z życzeniami - były jej urodziny. Pytała czy urodzę dzisiaj - nieee - powiedziałam - jeszcze chyba długa droga przed nami. Choć w powietrzu wisiało coś nieoczekiwanego, jakaś mała tajemnica.

Tej nocy nie mogłam długo usnąć - na zewnątrz było zimno, a ciemne chmury zasłaniały księżyc w pełni. Zima. Choć człowiek zaczynał już mieć nadzieję na wiosenne ciepło.
Niemiłosiernie swędział mnie brzuch, zupełnie nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Pamiętam, że co chwilę wstawałam i smarowałam się amolem - mając płonną nadzieję, że pomoże na to upiorne swędzenie. Czułam jakieś dziwne napięcie...
W końcu, gdzieś tak ok 1 w nocy, ogarnęła mnie cudowna błogość i niesamowity spokój. Przytuliłam się w łóżku do męża i razem z tą błogością i spokojem poczułam tak od środka dziwne łaskotanie w brzuchu, takie poruszenie, napieranie... Niedługo potem odeszły mi wody.

Obudziłam męża - zapytał nieprzytomnie, czy to znaczy, że będę rodzić?... Tak Kochanie, na to wygląda... Uspokajałam go, bo był trochę zdenerwowany. Chyba trochę się bał. Może mężczyźni zawsze się boją, gdy nie mają pełnej kontroli nad sytuacją?
Ja byłam dziwnie spokojna, że wszystko potoczy się dobrze. Starszy syn spał cicho, a my krzątaliśmy się po mieszkaniu. Odezwały się skurcze, dość regularne, co 2-3 minuty, ale takie subtelne,  że za szybko się pewnie nie skończy  - mówiłam położnej przez telefon.
Ale oddzwoniła po chwili. Przyjadę teraz - mówiła - kolejne porody czasem kończą się niespodziewanie szybko…
Mnie się za to nigdzie nie spieszyło. Zamiotłam całe mieszkanie, skończyłam pakować torbę do szpitala (na wszelki wypadek, choć wiedziałam, że potrzebna nie będzie ), zwinęliśmy dywan w pokoju, zapaliłam swoje świeczki - zaczęło drażnić mnie ostro światło. Czułam, że potrzebuję schować się w tym półmroku.
Zapachniało lawendą, włączyliśmy moją ukochaną Evę Cassidy i czekaliśmy. Skurcze były coraz częstsze, silniejsze, ale nie złe... Umiałam sobie z nimi radzić.
Po chwili przyjechała położna, przebrała się w przygotowany strój - normalny, domowy. żadnych białych kitlów. Rozwarcie 3 cm - zakomunikowała.

Poczułam, że potrzebuję wanny. Szum płynącej z kranu wody był kojący, jej ciepło cudownie rozluźniało, pomagało spokojnie oddychać, złapać rytm.
Wtedy przypomniało mi się, że przecież nie ma chleba na śniadanie! I tak, instruowany między skurczami mąż, wrzucał po kolei wszystkie składniki do maszyny. Uwielbiam taki domowy chleb. Nikt mu nie mówi, jak szybko ma rosnąć - potrzebuje tylko spokoju i czasu...
Nie wiem jak długo siedziałam w wannie - godzinę? półtorej? Gdy skurcze zrobiły się silniejsze, wyłączyłam myślenie. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, skupiłam się na sobie, po prostu BYŁAM.
Czułam, że nie mogę walczyć ze skurczami, że one są moim sprzymierzeńcem.
Bolało, owszem. Ale był to ból do zniesienia. Ból, który miał dla mnie dużo sensu. Ból, który mnie otwierał.
To dziwne, bo jestem generalnie mało odporna na ból - boję się go, chyba, jak każdy. Ale wiedziałam, że TEN ból jest potrzebny, ważny. Uczyłam się z nim współpracować. Oddechem, głosem, ruchami i pozycją ciała...
No i skurcze nie były ciągłe. Trwały chwilę, a potem miałam chwilę, żeby odpocząć, rozluźnić się. Nie wiem, jak długo, bo w tym stanie czas nie istnieje. Nic się nie liczy poza mną - napięciem na skurczu i rozluźnieniem, napięciem, rozluźnieniem...

Nie musiałam wychodzić z wanny na badanie rozwarcia. Położna co jakiś czas przychodziła też badać tętno dziecka przenośnym detektorem. Kochana kobieta - wspierająca swą cichą obecnością i spokojnym, ciepłym głosem. Z nią czułam się bezpiecznie.
I z moim mężem - nie wyobrażam sobie, żeby go miało nie być przy mnie...
Jego czuły dotyk pomagał, koił. I właśnie wtedy moje ciało na adrenalinowym haju wkroczyło na ostatnią ścieżkę
Ból spłynął razem z wodą z wanny, pomogli mi z niej wyjść. Położna prosiła, żebym przez chwilę powstrzymała się od parcia, żeby dać czas mojemu ciału, nie spieszyć się, nie ponaglać.
Na czworakach, między skurczami przeszłam z łazienki do pokoju i tam, po krótkiej chwili na małym materacyku urodził się mój mały synek. W ciszy, spokoju, w tym zachwycie, że to już, wzruszeniu babci, która stała się niespodziewanym, milczącym świadkiem tego cudu...

Strasznie dygotałam - trochę z wrażenia, trochę z zimna i ze zmęczenia. Byłam taka dumna i wzruszona, że trzymam ten mój mały cud w ramionach.
Wcale nie płakał, tylko cichutko pojękiwał, a położony na mój brzuch tak spokojnie patrzył swoimi cudnymi oczętami.
Czy to normalne, że nie płacze? - pytał kilka razy dla pewności, zdziwiony mąż.
Normalne Kochanie. "Domowe" dzieci rzadko płaczą - nie maja powodu.
Był półmrok, szumiały tłumione, pełne wzruszenia szepty, z kuchni pachniał już pieczony chleb. Nikt nam nie przeszkadzał, nie zabierał mi synka na mierzenie czy ważenie. Nie było żadnych niecierpliwych głosów, jarzeniówek, szczęku narzędzi, obcych rąk...
Tylko ja i ten mały człowieczek, razem przytuleni i otuleni domem, ciepłem i miłością.

Leżeliśmy tak spokojnie w pachnącej znajomo pościeli, ciało do ciała. Starszy brat dalej spał, nieświadom niczego.
W pokoju obok siedzieli położna, tata i babcia, która nie zdążyła zabrać starszego wnuczka. Wszystko działo się tak szybko... Rozmawiali cicho, pili herbatę i jedli ciepły chleb z masłem. A my - ja i urodzony przed chwilą mały człowieczek trwaliśmy tak przytuleni, wsłuchani w domowe odgłosy i ciekawi siebie, bo mimo zmęczenia nie mogliśmy zasnąć. Pachniał tak słodko! Trochę sobą, a trochę mną. Nie da się opisać słowami całej cudowności tego uczucia.

Razem z nowym dniem obudził się starszy brat. I ta chwila (na której mi tak bardzo zależało!), gdy zobaczył kilkugodzinnego braciszka i tak bardzo bardzo mocno się ucieszył, zaczął go całować i przytulać, a potem przytulaliśmy się wszyscy we czwórkę - ta chwila na długo zostanie w mojej pamięci.
Chciałabym, żeby tak było zawsze, za każdy razem, przy każdym porodzie… Żeby z tych ważnych pierwszych chwil Nowego Człowieka zostały w pamięci same dobre wspomnienia.

Ale cała ta historia, oprócz wielkiej radości, że się udało tak, jak chciałam, dała mi pewność, że MOGĘ, POTRAFIĘ. Że jeżeli się czegoś bardzo mocno chce, to jest ogromna szansa, że to się naprawdę uda. Dała mi wiarę, że we mnie jest ogromna siła, która potrafi dokonać cudu. I odkrycia tej siły życzę wszystkim Mamom.

8.10.12

Tydzień Bliskości czas zacząć

        O tradycji w takim razie dziś będzie. O tym, co w czasach mojej prawie 100 letniej babci było naturalne (według Jej relacji), a co dziś musi być przypominane. O tym, co pojawia się pierwsze, zanim w mediach przeczytamy o "dobre rady" naukowców, psychologów, terapeutów, coach'ów (niektórych, czyli nie wszystkich). 
       Będzie o Bliskości, która w moim przekonaniu jest czymś zupełnie naturalnym. O Bliskości jaką wybrałam w tym drugim macierzyństwie. 
  1. Noszę, bo chcę. Noszę, bo lubię. Noszę w chuście i na rękach. Noszę, gdy śpi, gdy czuwa, rozgląda się i wtedy, gdy płacze. Noszę, bo zależy mi na aktywnym tworzeniu więzi, bo chcę natychmiast zaspokajać potrzeby mojej córki, bo zapewnienie Jej bezpieczeństwa na tym etapie rozwoju to moje podstawowe zadanie. Noszę i już. Noszę bez obawy, "że tak Jej zostanie", "że Ją od siebie uzależniam", "że wcześniej czy później kręgosłup mi siądzie", "że jeszcze wspomnę te wszystkie słowa". 
  2. Kołyszę. Kołyszę, gdy marudzi, gdy boli brzuszek, gdy kwili i płacze. Kołyszę i stymuluję Jej niedojrzały system nerwowy 
  3.  Śpimy razem. Dla wygodny obu, przy czym dziś więcej dostrzegam w tym współspaniu dobrodziejstwa dla siebie. W półśnie karmię, przykrywam, głaszczę, tulę i pomagam zasnąć. Nie otwierając oczu reaguję, gdy Mała płacze. Usypiam natychmiast po zakończeniu karmienia.  
  4. Pierś dobra na wszystko. Pozwalam Jej zasnąć z piersią w buzi. Nie tylko podczas karmienia. Także wtedy, gdy przebudzi się w nocy nie z powodu głodu, a raczej z powodu odległości między nami. Kiedy utulenie nie pomaga podaję pierś. Chwyta i trzyma. Zamyka oczy i po chwili puszcza pierś. 
  5. Biegnę, gdy płacze. Przerywam pracę i lecę. A kiedy słyszę: "wolniej, wolniej, przecież krzywda jej się nie dzieje", przyspieszam kroku. Gdy płacze na moich rękach robię wszystko, by przestała. Kołyszę, tulę, całuję, głaszczę, masuję, śpiewam. Pocieszam tak długo, jak długo łka.  Zabieram z ramion męża, babci, przyjaciółki, gdy płacze. 
  6. Kangurujemy i uwielbiamy to. Tak jak to często jest możliwe rozbieramy się, by mieć kontakt "skóra do skóry". Mamy to wpisane w rytm dnia. Kiedy Starsza jest już w przedszkolu, a mąż w pracy, wracamy do łóżka i tak spędzamy czas do pierwszej porannej kupy :) Zwykle trwa to 45-60 minut.  
  7. Wspólna kąpiel. Pod prysznicem, bo nie mamy wanny. I znów kangurujemy. 


5.10.12

Życie z Życia (3)

Wspomnienia Mamy Trójki

Trudno mi oddać w paru słowach całą cudowność natury jakiej doświadczyłam kiedy rodził się nasz syn. To trzecie dziecko, drugi poród domowy.

Poród zaczął się w nocy. Tego wieczoru jakoś nie mogłam zebrać się do spania. Dziewczynki już dawno w łóżku, a ja z książką i herbatą zastanawiałam się ile jeszcze takich fajnych, spokojnych wieczorów mi zostało. Z racji tego, że skurcze przepowiadające miałam w tej ciąży wybitnie natarczywe to mieliśmy już dwa falstarty. Była godzina 1 jak się położyłam, do 1.30 młodsza córka się wierciła nie dając usnąć. Zazwyczaj śpi bardzo spokojnie, ale widocznie i ona coś przeczuwała. O 2.45 poczułam,  że odchodzą mi wody...

Moi rodzice w górach, setki kilometrów od nas, u mojego brata ospa, więc żadnej alternatywy do opieki nad dziećmi, położna na dyżurze do 8 rano. Pozostało sie modlić. Ponieważ w tej ciąży, tak jak i w poprzednich, wyszedł mi paciorkowiec to wzięłam antybiotyk i położyłam się do łóżka by wyhamować poród, aż położna znajdzie zastępstwo na dyżur. Całą sobą czułam, że ten człowiek, który pchał sie na świat jest mocno niezadowolony, że chce mnie spionizować. Walczyłam ze sobą leżąc, bo czułam potrzebę ruchu. Skurcze...w ciągu 45 min z takich co 12 doszliśmy do takich co 5 minut... szybko szło.

Położna dotarła o 4. Mialam skurcze co 5 minut. Żadnej opieki do dzieci. I nadzieję na to, że przed ich pobudką urodzę. Siedziałyśmy w salonie, jakieś rutynowe badanie temperatury i ciśnienia. Spokój. Zrobiło sie parę minut przed 5 kiedy z sypialni wyszła nasza dwulatka, zupełnie zapłakana. Bo nie znalazła mamy i taty w łóżku. Położyliśmy sie z nią i...poród sie zatrzymał. Zupełnie ustały skurcze. W ciągu godziny miałam chyba jeden czy dwa. Przystawiłam córkę do piersi żeby trochę podkręcić akcję, ale nic to nie dało. W szpitalu juże by mi dali oksytocyne, a tu...po prostu brat dał siostrze czas na spokojne dospanie z mamą. Zrobiła się 6 i dziewczyny wstały choć zazwyczaj śpią dłużej. Ja bez skurczy, bez pomysłu co z dziewczynkami zrobic, kompletnie bez kontroli sytuacji.
Cóż mi zostało, powiedziałam dziewczynom jak sie sprawy mają. Że rodzi się dzidziuś, że mnie to boli, ale to dobry i potrzebny ból i że już niedługo będą mogły przytulić brata. Przyjęły to zupełnie spokojnie, naturalnie. Zaczął sie normalny dzień przeplatany moimi skurczami ;)

Podczas tego porodu, zupełnie odwrotnie niż poprzednio, czułam, że nie chcę i nie potrzebuję w trakcie skurczy fizycznej obecności mojego męża. Chciałam być sama, nie chciałam żeby ktokolwiek mnie dotykał. Mój mąż ucieszył się, gdy mu to powiedziałam. Dziewczyny spokojnie jadły przygotowane przez tatę śniadanie jakby to był zwykły dzień, położna co kilkanaście minut sprawdzała tętno i tylko raz mnie zbadała wierząc w siłę natury i szanując moją potrzebę bycia niedotykaną. Nie minęło wiele czasu kiedy miałam skurcze co 3 minuty. Czułam, że zbliża się moment kiedy potrzebuję wokalizować i kiedy nie chcę mieć w swoim otoczeniu dzieci. Szybka decyzja, że mój mąż zabierze je na spacer. Kiedy tylko wyszli zaczęłam mruczeć niskim, gardłowym "aaaaa". Dotarła druga położna i poczułam niesamowity przypływ kobiecej mocy. Była we mnie, uwalniana powoli. Do tego ogromne, empatyczne, bezwarunkowe kobiece wsparcie. Czułam, że się zbliża moment kiedy wezmę malucha w ramiona. Nie pamiętam czy byłam na piłce czy na krzesełku, w kucki czy stojąc. Pamiętam jednak, że to był pierwszy prawdziwie wiosenny dzień. Pamiętam ciepły kolor światła wpadającego do pokoju przez pomarańczowe rolety. Pamiętam spokój, bezpieczeństwo, siłę jaką mi dodawała położna kiedy mnie przytulała między skurczami. Pamiętam poczucie mocy, nieokiełznanej, nieograniczonej mocy płynącej ze mnie i dwóch innych pełnych empatii kobiet. Pamiętam swobodę tego co robię, jak robię i kiedy.
Poczułam parcie. Chciałam żeby mały urodził się sam. Wsparta na jednej z położnych nie popychałam go. Czułam jak zsuwa się powoli. Przede mną duże lustro, widzę siebie, ale nie wierzę, że to ja. Krótki przebłysk, że to trzeci poród, a ja widzę siebie po raz pierwszy. To naprawdę ja. Ta sama, która w trampkach biegła z kawą po mieście słuchając rytmu miasta, ja ślubująca miłość do końca życia, ja na porodówce, ja w innym domu i ja teraz, tu. Kilka sekund, przegląd, jak szybki film.
I nagle wydobył się ze mnie zadziwiający dźwięk, ulga, miłość, energia, wszystko uwolnione. A później płacz dziecka, które wysunęło się na ręce położnej i natychmiast zostało mi oddane.
To było niecałą godzinę po tym jak tata moich dzieci zabrał je na spacer.
Natychmiast do niego zadzwoniłam, płacząc ze szczęścia. Do tej chwili nie wiedziałam kto mieszkał wewnątrz mnie. Teraz tuliłam synka.
Byliśmy nadzy, okryci kocem i płakaliśmy oboje. Po godzinie zaczął pić moje mleko. Całkowity, endorfinowy haj.

2.10.12

Jesper Juul dla ...


 Gratuluję :)
Proszę o kontakt mailowy. 

Ponieważ nie jedna Agnieszka wzięła udział w losowaniu więc precyzuję - "Być mężem i ojcem" wędruje do autorki komentarza: "ja mam podobno męski mózg, więc książkę o byciu ojcem poproszę ;)"

Wszystkich, którzy wzięli udział w zabawie dedykuję słowa Thich Nhat Hanh, które dziś przywędrowały i do mnie:
 [...] gdy ktoś naprawdę dba o siebie, dba o wszystkich. Przestaje przysparzać cierpień światu, sam stając się źródłem radości i świeżości.
Tu i ówdzie spotyka się ludzi, którzy potrafią naprawdę o siebie dbać, żyjąc szczęśliwie i radośnie. Ci ludzie to nasza najmocniejsza podpora. [...]

 



1.10.12

Życie z Życia (2)

Wspomnienia Agnieszki, mamy Jasia i Zuzi


Jan Kajetan – jak urodziłem się w domu.

Moja opowieść porodowa zaczyna się właściwie od zamknięcia Domu Narodzin. I nie jest to tylko historia o mnie i moich rodzicach, ale też o wielu ciotkach położnych, które pomagały mi na wszystkich etapach mojej drogi – kiedy byłem jeszcze w brzuszku, kiedy się rodziłem i potem, kiedy moja Mama miała niezliczone pytania jak najlepiej się mną opiekować. Okazuje się, że kiedy wszystko jest dobrze z ciążą i porodem lekarz w ogóle nie jest potrzebny!* Ale po kolei.

Szpital to nie jest miejsce dla zdrowych ludzi – stwierdziła moja Mama jeszcze zanim zaszła w ciążę, wzdragając się na myśl o szpitalnych procedurach, zapachach i nieprzyjaznej rutynie, w którą popadła większość kompetentnych skądinąd lekarzy, położnych i personelu szpitalnego. Poród w domu – cóż, jestem jej pierwszym dzieckiem i uznała, że to zbyt ryzykowne.
Dom Narodzin, miejsce gdzie bylibyśmy z Mamą otoczeni troskliwą i ciepłą uwagą a jednocześnie wyposażone w podstawowy sprzęt do ratowania życia i ze szpitalem na wyciągnięcie ręki, wydawał się moim Rodzicom rozwiązaniem idealnym. Kiedy dowiedzieli się, że Dom Narodzin jest zamknięty, byli w kropce. Mama przygotowała listę pytań do szpitala, ale szybko okazało się, że nie znajdziemy miejsca, które spełni wszystkie jej oczekiwania. Nieprzerwany kontakt ze mną po porodzie aż do po pierwszym karmieniu? Pępowina przecięta dopiero kiedy przestanie tętnić? Te i inne pomysły były nie do przyjęcia przez warszawskie szpitale. Znajomi i lekarze kręcili głowami słysząc, że Mama nie chce żadnych interwencji medycznych – oksytocyny, znieczulenia lekami… Na jej tłumaczenia, że wszystkie te interwencje mają swoje skutki uboczne, a jedna pociąga za sobą następne mówili tylko – zobaczysz jak zaczniesz rodzić, będziesz jeszcze wołać o znieczulenie. W końcu przestała tłumaczyć i przekonywać, że wie co dla nas jest najlepsze. Wszyscy odetchnęli kiedy zaczęła mówić, że urodzę się w szpitalu w Wołominie. Myślę, że gdyby nie wsparcie Taty, nie dałaby rady wytrzymać tej presji.

Wtedy Mama skontaktowała się z Ireną Chołuj, która przyjęła więcej porodów domowych, niż ja mam włosów na głowie (a trochę ich mam!). Ciocia Irenka zgodziła się pomóc przyjść mi na świat. Przywitała się ze mną cieplutko, pogłaskała mnie przez brzuszek i długo rozmawiała z Rodzicami. Po tej wizycie Mama była spokojniejsza, ale nadal trochę się obawiała, że możemy mieć jakieś kłopoty przy porodzie. Jednak im bliżej było terminu, tym bardziej była przekonana, że będziemy najszczęśliwsi, jeśli urodzę się w domu. Tym bardziej, że czytając „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj, „Odkrywam macierzyństwo” Preeti Agraval, a nawet Podręczną Encyklopedię Zdrowia (Zysk i S-ka, 2002) dowiedziała się, że kiedy nie ma kłopotów z ciążą, poród w domu jest tak samo bezpieczny jak w szpitalu.
Był jeszcze jeden kłopot. Miałem krótką pępowinę i nie dałem rady się obrócić. Mama masowała mnie przez brzuszek, jak jej pokazała ciocia Ania Litkie (która masowała ją w ciąży i po porodzie), kładła się z brzuszkiem do góry, ale mimo że się starałem, nie dałem rady się obrócić. Pomógł mi dopiero doktor Zwoliński w szpitalu na Madalińskiego. Poszło szybciutko, nawet nie zdążyłem się przestraszyć
Niezłego stracha napędziłem za to Mamie jak już zacząłem się rodzić. Ciocia Irenka była właśnie we Wrocławiu, a szpital w Wołominie chwilowo został zamknięty. Ale od czego ma się tyle super ciotek! Ciocia Irenka z ciocią Kasią Grzybowską (założycielką Domu Narodzin) razem przekonały Marię Romanowską, żeby pomogła mi przyjść na świat w domu. No tak, bo kiedy zacząłem się rodzić moja Mama już nie miała wątpliwości, że nigdzie nie idzie, zostaje w domu.
Urodziłem się 25 września, o 13.35 (3.7kg żywej wagi i 55cm wzrostu). W porodzie oprócz ciotki Mary towarzyszyła mi jeszcze Łucja "Lucy" Talma (obie ze szpitala Św. Zofii), no i oczywiście mój wspaniały Tata, który był przy Mamie cały czas i bardzo mocno ją wspierał. Sąsiedzi byli bardzo dzielni, ale i troskliwi (ktoś przyszedł zapytać czy nie trzeba przypadkiem pomóc, ktoś inny podesłał policję, a jeszcze ktoś karetkę).
Poród w domu był niesamowitym przeżyciem. Trwał 14 godzin. Ale ja właśnie tyle czasu potrzebowałem - urodziłem się różowiutki i prawie w ogóle nie płakałem :-) Nie jestem w stanie opisać jak ciepłe i intymne było to przeżycie dla całej naszej rodziny, mimo całego bólu który ze sobą niosło. Oby każdemu dane było doznać takich uczuć. Nie były potrzebne żadne interwencje medyczne. Mama znieczulana była naturalnie - masażem, akupresurą, ciepłą wodą w wannie. W nagrodę od pierwszych chwil po porodzie mogła siedzieć. Czujemy się dobrze. Ja jestem zdrowiutki i bardzo spokojny. Uwielbiam leżeć na brzuchach rodziców. Jem dużo i często. Od drugiego tygodnia życia rodzice zabierają mnie na spacery w chuście. Dzięki temu mogę sobie rozkosznie drzemać w uszach mając moją ulubioną muzykę - bicie ich serca.

* Dowiedziałem się, że położna może też prowadzić ciążę (i jest, moim zdaniem, bardziej w tym kompetentna niż lekarz, ponieważ interesuje ją nie tylko stan fizyczny przyszłej mamy, ale też jej psychika, nastawienie do porodu, itp.).

 

                                                                                                                                                      
W rolach głównych: 
Zuzia, Mama, Tata, Jaś
Ciotka Mary, Ciotka Ania, Ciotka Lusi i Ciotka Ewa
Koty Diego i Frida 
MuzykaOriental chillout; Leszek Możdżer; David Darling 
Światło: świece IKEA
Dekoracje: basen porodowy Le Basine
Akt I W drodze.
Scena 1
13 lipca, wtorek – wkraczam na scenę.
Scena 2
Kiełkuję w brzuszku mamy. Proszę mnie karmić tuż po obudzeniu i wcześnie chodzić spać. 
Z jedzenia najbardziej lubię zupki. Z zupek najbardziej lubię krupnik.
Za to nie lubię jak mama za dużo pracuje albo się denerwuje. Raz czy dwa aż musiałam się postarać, żeby się położyła i porządnie wypoczęła. Szczególnie jak zapomniała mnie rano nakarmić. I proszę mi nie mydlić oczu jakimś tam pobieraniem krwi.
Scena 3
Od początku dobrze się z mamą rozumiemy. Ja jej powiedziałam, że jestem dziewczynką, a ona mnie zapytała czy podoba mi się imię Zuzia. Owszem, podoba mi się, więc już wkrótce Jaś, mój braciszek, bawi się Zuzią z klocków lego, a wszyscy dookoła się zastanawiają skąd mama jest taka pewna, że to właśnie ja jestem w jej brzuszku. I co zrobi, jak okażę się być chłopcem. Ciotka Mary zapowiada nawet, że umrze w takiej sytuacji ze śmiechu. Oj, szkoda by było ciotki Mary.
Scena 4
Jest styczeń, siedzę w brzuszku od siedmiu miesięcy i robi się coraz ciaśniej. W Warszawie śnieg, a ja po raz pierwszy lecę samolotem. Do Egiptu, żebyśmy troszkę odpoczęły. Mama już się nie przepracowuje, bo od początku roku nie chodzi do pracy. Ale ciągle ma mnóstwo pomysłów na to, co może zrobić z wolnym czasem.  W Egipcie ma dla odmiany się zająć nicnierobieniem - mamy spacerować, spać i rozmawiać z ciocią Dziubsonem i ogólnie się relaksować. Ale mama zupełnie się nie zna na nicnierobieniu. W efekcie wracamy z olejnym obrazem jej autorstwa.
Akt II. Blisko. Coraz bliżej.
Scena 1
Za pięć dni zamierzam się urodzić, a tu nic nie gotowe. Mamo! Mamo!!! Maaamooo!!! No, wreszcie się ruszyła. No to torbę mamy spakowaną. Tak na wszelki wypadek, bo przecież nigdzie się nie wybieramy. Pieluszki gotowe. Ubranka ułożone, czekają. Ja też czekam. Ciasno tutaj.
Scena 2
Niedziela, a mama wciąż buja w obłokach. No, dosyć już tego ślęczenia przed komputerem. Mamo odpocznij, bo czekają nas męczące chwile. Dziś wieczorem się relaksujemy. Pam, pa pa pa ram, ra pa pam… Mamo, możesz znaleźć tą piosenkę? Chciałabym przy niej przychodzić na świat.
Scena 3
Poniedziałek. Aaaale jestem zmęczona! Spokój i odpoczynek. Tego potrzebuję najbardziej. Mamo, dzisiaj nigdzie się nie ruszamy. No, połóż się z powrotem. Śniadanie też możesz zjeść w łóżku. Tato, możesz zostać w domu i pilnować, żeby Jaś nam nie przeszkadzał? I jeszcze drugie śniadanie poprosimy. I obiad. I drugi obiad.
Scena 4
Poniedziałek około północy. Oj! ………Oj!............ Ooooj! Mamo, obudź się, coś się dzieje. Nie wiem co to i trochę się denerwuję. A nie, to Ty się denerwujesz, że Jaś śpi za ścianą! Trzask, zamknęły się drzwi. Tata zawozi Jasia do cioci Beatki i przywiezie ciocię Anię. Ufff, cisza, spokój i błogość. To może napijemy się herbatki?
Scena 5
Wtorek, około 3 nad ranem. Siedzimy w kuchni z tatą i ciocią Anią. Pijemy herbatę i opowiadamy sobie śmieszne historie. No dobrze, pora iść spać. Dobranoc.
Scena 6
Wtorek, rano. Jaki piękny dzień! Tak dawno nie było słońca, a tu proszę, świeci od samego rana. Dziś mam świetny humor i mnóstwo energii. To będzie dobry dzień. 
Zawozimy zaspaną ciocię Anię na hiszpański i idziemy do lasu. Na Łosiowych Błotach toczy się ptasie życie towarzyskie tio, tio, fiju fiu fiu…, szumi strumyk i wiatr w gałęziach, zza których wyglądają ciepłe promienie słońca. Rytmicznie postukują mamine kijki do nordic walking. Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk…Stop. Rozglądamy się wokół, głęboko oddychamy i po chwili skurcz mija. Seans relaksacyjny z przerwami co 15 minut – puk, puk mamo, to już niedługo.Telefon od dziadka Grześka dodaje otuchy.  
Scena 7
Na Blizne przywitałyśmy się z babcią Marylką i dziadkiem Zenkiem – szczęśliwym, że spełniło się jego pielgrzymkowe życzenie – miałam się pojawić na świecie już po ich powrocie z Izraela.
Scena 8
Teraz jeszcze samochodem do domu na masaż. Ciotka Ania już od dwóch tygodni przypominała mi, że niedługo będę się wyprawiała na świat, ale dopiero dziś potraktowałam ją poważnie. Po masażu mama zgrywała chojraka i chciała jeszcze jechać po Jaśka, ale na szczęście chwilę zaczekała i wtedy zaczęło się dziać. Jako, że skurcze były coraz częstsze, mama usiadła na piłce. Tam przychodziły co 8-12 minut,   chciała się z tej piłki podnieść, to łapał ją skurcz. W końcu zadzwoniła po instrukcje do ciotki Mary, która jak zawsze przytomna i pragmatyczna kazała przestać kombinować, zapakować się do wanny i wyciszyć. Ale ja byłam już w drodze. I tylko magiczne dłonie cioci Ani zdejmowały ból pozostawiając przyjemne uczucie rozciągania. Tata wrócił z pracy o 16, w sam raz żeby pobyć z nami przez chwilę w łazience, przygotować basen porodowy, zainstalować oprawę świetlno-muzyczną i pojechać do Jaśka,któremu właśnie zaczynało się kolejne zapalenie krtani. I tak Tata przyjechał na stałe  tuż przed ciotką Mary, która pojawiła się o 18 i stwierdziła 6 centymetrów rozwarcia. Jak to? To już??? To przecież powinno boleć!
Szybko, coraz szybciej. Skurcz za skurczem. Dlaczego te przerwy są takie krótkie? W końcu chwila oddechu… I, o rety, uwaga, wychodzę! Trzymaj się Mamo, za chwilę będę! „Patrz, kto do Ciebie płynie!” – to ciotka Mary. Aaaa, jak tu zimno.Gdzie jesteś Mamo? – Tu jestem.
Jestem. Jestem.


30.9.12

Życie z Życia (1)

         W tygodniu z Międzynarodowym Dniem Empatii (2 października) mam dla Was kilka cudownych opowieści o Nowym Życiu. Zaprosiłam empatyczne mamy do podzielenia się ze mną i z Wami wydarzeniem, które na zawsze zmieniło ich Teraźniejszość i Przyszłość. 
      
Wspomnienie Karoliny, mamy Klary.

Pozwoliła nam zjeść wigilijną kolację, ekscytować się prezentami i słodkim ociężałym bezruchem. Wróciliśmy do domu, kąpiel i spać. Zaplotłam warkocze. Wiedziałam, że przez najbliższe kilka dni włosy będą przeszkadzały….
Boże Narodzenie, pierwszy dzień świąt, budzimy się i ja już wiem. Nie musimy pakować torby, a tak straszyli, że trzeba ją będzie wołać, że trzeba będzie iść do szpitala. Zaczęło się, jestem taka szczęśliwa, nic mnie nie boli, tylko czuję intensywnie skurcze, nie są regularne ale ja wiem, że dziecko już jest gotowe.  Tatuś mojej córeczki rozśmiesza mnie swoją skrupulatnością w notowaniu skurczy, jest tak miło, jemy śniadanie. Dzwonimy do naszej położnej…..
Ja wiedziałam, że Ty w święta zaczniesz rodzić… Za godzinę jest u nas. Biegnie umyć ręce i wyciąga trąbkę, przykłada do brzucha.
Jest tętno. Uff. Kładę się.  Jezuuuu, jaki ból, badanie rozwarcia. 4 cm. Uff. Zostajemy w domu. Gawędzimy, pijemy herbatę, ja spaceruję, od czasu do czasu kucamleniwa świąteczna atmosfera, nucę kolędy. Czuję się świetnie, przyjeżdża druga położna.  Jakub krząta się w kuchni i gotuje rosół z karpia. Położne opowiadają o porodach, o zdrowym jedzeniu….. mam tyle im do przekazania ale powoli moja świadomość zaczyna zjeżdżać w dół ciała i tracę zainteresowanie rozmowami, idę do drugiego pokoju, chcę być sama…. W samotności zaczyna powoli, wraz ze skurczami, wydobywać się ze mnie głos, wydaje mi się że bardzo głośny, niepohamowany ale położne mówią: Jak potrzebujesz to krzycz głośniej….
Zaskakuje mnie ta potrzeba bycia samej, w ciszy. Patrzę na ogień w kominku, kucam opierając się o stół i czuję swoje ciało, intensywnie, doskonale, zadziwiam się, że takie mocne, zadziwiam się dlaczego otwieranie się ciała nazywa się skurcz…. Jest coraz intensywniej. Położne chcą sprawdzić. Tym razem się opieram i napinam, skurcze mimo intensywności nie są bólem, boli badanie. Jest 7 centymetrów, a pęcherz cały, wody nie poszły. 4 godziny od przyjazdu pierwszej położnej. Proponują wannę. Idziemy do łazienki, woda zmniejsza intensywność…. Tatuś mojej córeczki masuje kręgosłup, podtrzymuje, gładzi głowę. Sam wie co robić. Uczestniczy. Jest porodzie, to jego też dotyczy.
Jesteśmy sami w łazience, szumi grzejnik, nawet mi nie przeszkadza, choć zwykle tak go nie lubię. Patrzymy sobie w oczy, nie wiem jak długo.  Myślałam, że go nie będę chciała, myślałam, że chcę kobiet: przyjaciółek, matki, siostry ….trzymania za ręce, śpiewu. Okazało się, że to jego oczy są mi niezbędne do przyjścia tego procesu.
Woda stygnie, nie chcę wychodzić ale trzeba sprawdzić…. Idę do pokoju, zmęczyłam się w łazience, byliśmy tam 2 godziny. Ale jest już 9 centymetrów… Położne otwierają swoje torby,  przebierają się,  cieszą się, że tak pięknie wszystko idzie, przypominają, że między skurczami mam mocno odpoczywać bo lada moment zacznie się parcie. Zostajemy w łóżku, tutaj to będzie.  Tutaj spotkamy się z naszą córeczką, nie w wannie. Dużo spraw w czasie tego porodu uległo zmianie - nie włączyłam muzyki, chciałam ciszy, nie zadzwoniłam do nikogo poza mamą - nie chciałam nikogo w to angażować, nie chciałam urodzić do wody…  Mija godzina- nadal 9 cm. Patrzymy na siebie. Znowu badanie, obie sprawdzają. Wyję, boli. Boli bo już wiem, że one zdecydowały, mimo że nie powiedziały ani słowa.  Każą wziąć torbę i jedziemy do szpitala. Torby nie ma. Nie chciałam iść do szpitala, nie przygotowałam się na szpital. Zaczynam walczyć, zaczyna mnie boleć, zaczynam płakać, gryźć się w język. Cała w sekundę jestem skurczona, zmarznięta, niepogodzona. Nie pomagają kojące słowa. Bywa. Nieprzewidywalne. Samo życie. Tatuś mojej córeczki szybko pod dyktando pakuje torbę, ja powstrzymuję parcie, które się pojawiło. Ostatni błysk nadziei, ostatnie badanie, może ruszyło i szyjka puściła.
Niestety, jest jeszcze trochę, nie przyj, nie przyj, oddychaj, zziajany pies……
Wsiadamy do samochodu.  Już wiem, że jedziemy na cięcie. Pytam ile to trwa. Położna, które jedzie z nami próbuje pocieszać.
Dostaniesz oksytocynę, przebiją pęcherz, będą monitorować tętno i raz dwa urodzisz i zaraz wrócimy do domu. Pewnie lotosowo się nie uda ale wszystko się ułoży. Słucham ale nie wierzę, widzę jak szybko jedziemy, jak pusto na ulicach, późny wieczór, Boże Narodzenie, pierwszy dzień świąt. Skurcz za skurczem bez przerwy.
Wchodzimy na izbę. Chyba obudziliśmy położną. Jest zabawnie, pani odpytuje mnie z imion, nazwiska a ja co minutę hyc pod biurko w kucki….. mówię, że mam parte i co mam z tym fantem zrobić, pani w fartuchu,  że papiery, ja że parte, ona że papiery i że widziała takie parte bez rozwarcia, no to mówię, że mam 9 cm…. ona kapituluje i mówi dobra, zbadam panią, bada i nagle papiery nie mają znaczenia, wózek i jedziemy szybko na oddział, pierwsze minuty unieruchomienia w wózku w windzie - boli.  Na oddziale patrzą jak na wariatkę, opieprzają za pomysł porodu w domu, w dwudziestym pierwszym wieku, tatuś córeczki broni. Każą się położyć na stole, przypinają  ktg,wbijają wenflon, coś wstrzykują, tatuś protestuje pyta co to - nikt nic nie mówi, już jestem numerem w systemie medycznym, wdrażają procedurę - przez chwilę nie czuję się człowiekiem tylko skomplikowaną rodzącą.  Tlen pachnie mentolem- co za ohyda, ale godzę się, mówią magiczne – to dla dziecka. Wytrych ale im wierzę, nie mam wyjścia, próbuję dyskutować, bronić, tracę niepotrzebnie energię.  Przychodzi lekarka, przebija pęcherz, ciepłe wody chlustają na nogi - czyste- zdziwienie, bo jesteśmy dużo po terminie…Wsłuchuję się w szybki stukot urządzenia ktg, dziwnie zwalnia… Jeszcze jeden lekarz…
Cięcie, już nie czekamy.
Błagam, nie odchodź, nie zostawiaj mnie, nie pójdę tam sama, musisz przy nas być, nie dam rady sama….  
Procedura dopuszcza tatę w narodzinach przez cc. Poddałam się, zgodziłam. Idę na salę, siadam na stole, anestezjolog gładko wbija mi igłę w kręgosłup,  kładę się. Przychodzi Jakub w zielonym stroju jakiegoś lekarza. Jaki on śliczny, myślę. Staje jak anioł stróż u mojej głowy.
Dziewczynka. Idź do niej, trzymaj za piętę, za cokolwiek. Dotykaj ją.  Idź. 
Poszedł. Te minuty są ich. Oni się witają pierwsi. Ojciec. Córka. 
Mrugam, widzę tęcze. Łzy wpływają do uszu. Z tęczy wyłania się Jakub, w zielonej serwetce trzyma Klarę. Taką maleńką, czarną łepetynkę. Kładzie mi ją na twarzy. Jest tak miękka, tak jak nic wcześniej. Tak mnie ślini, słyszę jak mlaska.  Wiem czego chce, a ja nie mogę Jej tego dać. Jakub ją przytula. Widzę jak pełznie po zielonej koszuli. Dzielna dziewczyna. Akrobatka.  Patrzę na nich. Czuję coś czego, nie czułam nigdy wcześniej.
Jedziemy na salę pooperacyjną.  Zostawiają nas na chwilę. Jesteśmy w trójkę. Jestem zdziwiona, że Ona tak bardzo jest, że jest taka rzeczywista, taka wyraźna, piękna, moja, nasza. Że się porusza miękko. Że ma tak jasne paluszki i długie paznokcie i wyciamkany kciuk. Stęka cichuteńko.
Je. Skąd wie? Skąd ja wiem jak ją trzymać? Wiem. Nie mówimy nic. Jesteśmy.  
Co jest w tym worku?
Placenta.
Dali? 
Kazałem zapakować.
Zaimponował mi. Ja myślałam tylko o tym jak zawiodłam. Przychodzi moja położna. Podziwia dziewczynkę, pyta ją co wykombinowała, dlaczego jej się zachciało fikołków, obrotów… nie wiemy. To tajemnica na razie.
Przychodzą szpitalne, jest po północy Państwo musicie iść, odwozimy panią na salę.
Nie. Nie. Jeszcze nie jestem gotowa. Jeszcze chce być z Klarą, z Jakubem. Z nimi. Potrzebuję tego nowego razem. Tym się pożywić po wysiłku. To jest moje lekarstwo na rozczarowanie.
Zabieramy dziecko.
Nie oddali jej do rana. Zostawili mnie na sali z innymi kobietami, z innymi dziećmi. Powiedziały- dzwonić tylko w pilnych sprawach, są święta. Nie powiedzieli, że jak przestaje działać znieczulenie to tak strasznie boli, ruszyć nie można bo dziura w kręgosłupie, płyn się może wysączyć, bez ruchu…. 12 godzin.  Ależe krew się intensywnie wysącza to nie powiedzieli. Która sprawa jest pilna?
Nie umiem zasnąć. Skurcze są dużo bardziej bolesne niż porodowe, a każdy przecięty wpół. Nie byłam przygotowana na to. Nie chciałam do szpitala. Jak można sobie tego życzyć. Cięcia.
Takie rozczarowanie. Tak bardzo ją zawiodłam. Każda myśl mnie kaleczy. Klara, sama, w przezroczystej rynience, ubrana w obce ciuszki, obcymi rękami, wytarta, owinięta w kocyk. Popadam w taką rozpacz jak nigdy. Ostatkiem sił łapię się w garść żeby nie spaść w tą przepaść. To mnie najwięcej kosztowało, to był największy wysiłek w całym porodzie. Zawrócić w momencie staczania się na dno gdzie wszystkie moje zmory….
Zamiast tego przez wiele godzin powtarzam w głowie - Kocham Cię córeczko, jestem obok, kocham...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...