13.10.12

Życie z Życia (4)

Mama Dwóch Chłopców: 


Wszystkim naokoło mówiłam, że urodzę w pełnię - dla żartu, podobno wtedy rodzi się najwięcej dzieci. A i termin rozwiązania miałam właśnie w tej okolicy.

Rano zadzwoniłam do mamy z życzeniami - były jej urodziny. Pytała czy urodzę dzisiaj - nieee - powiedziałam - jeszcze chyba długa droga przed nami. Choć w powietrzu wisiało coś nieoczekiwanego, jakaś mała tajemnica.

Tej nocy nie mogłam długo usnąć - na zewnątrz było zimno, a ciemne chmury zasłaniały księżyc w pełni. Zima. Choć człowiek zaczynał już mieć nadzieję na wiosenne ciepło.
Niemiłosiernie swędział mnie brzuch, zupełnie nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Pamiętam, że co chwilę wstawałam i smarowałam się amolem - mając płonną nadzieję, że pomoże na to upiorne swędzenie. Czułam jakieś dziwne napięcie...
W końcu, gdzieś tak ok 1 w nocy, ogarnęła mnie cudowna błogość i niesamowity spokój. Przytuliłam się w łóżku do męża i razem z tą błogością i spokojem poczułam tak od środka dziwne łaskotanie w brzuchu, takie poruszenie, napieranie... Niedługo potem odeszły mi wody.

Obudziłam męża - zapytał nieprzytomnie, czy to znaczy, że będę rodzić?... Tak Kochanie, na to wygląda... Uspokajałam go, bo był trochę zdenerwowany. Chyba trochę się bał. Może mężczyźni zawsze się boją, gdy nie mają pełnej kontroli nad sytuacją?
Ja byłam dziwnie spokojna, że wszystko potoczy się dobrze. Starszy syn spał cicho, a my krzątaliśmy się po mieszkaniu. Odezwały się skurcze, dość regularne, co 2-3 minuty, ale takie subtelne,  że za szybko się pewnie nie skończy  - mówiłam położnej przez telefon.
Ale oddzwoniła po chwili. Przyjadę teraz - mówiła - kolejne porody czasem kończą się niespodziewanie szybko…
Mnie się za to nigdzie nie spieszyło. Zamiotłam całe mieszkanie, skończyłam pakować torbę do szpitala (na wszelki wypadek, choć wiedziałam, że potrzebna nie będzie ), zwinęliśmy dywan w pokoju, zapaliłam swoje świeczki - zaczęło drażnić mnie ostro światło. Czułam, że potrzebuję schować się w tym półmroku.
Zapachniało lawendą, włączyliśmy moją ukochaną Evę Cassidy i czekaliśmy. Skurcze były coraz częstsze, silniejsze, ale nie złe... Umiałam sobie z nimi radzić.
Po chwili przyjechała położna, przebrała się w przygotowany strój - normalny, domowy. żadnych białych kitlów. Rozwarcie 3 cm - zakomunikowała.

Poczułam, że potrzebuję wanny. Szum płynącej z kranu wody był kojący, jej ciepło cudownie rozluźniało, pomagało spokojnie oddychać, złapać rytm.
Wtedy przypomniało mi się, że przecież nie ma chleba na śniadanie! I tak, instruowany między skurczami mąż, wrzucał po kolei wszystkie składniki do maszyny. Uwielbiam taki domowy chleb. Nikt mu nie mówi, jak szybko ma rosnąć - potrzebuje tylko spokoju i czasu...
Nie wiem jak długo siedziałam w wannie - godzinę? półtorej? Gdy skurcze zrobiły się silniejsze, wyłączyłam myślenie. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, skupiłam się na sobie, po prostu BYŁAM.
Czułam, że nie mogę walczyć ze skurczami, że one są moim sprzymierzeńcem.
Bolało, owszem. Ale był to ból do zniesienia. Ból, który miał dla mnie dużo sensu. Ból, który mnie otwierał.
To dziwne, bo jestem generalnie mało odporna na ból - boję się go, chyba, jak każdy. Ale wiedziałam, że TEN ból jest potrzebny, ważny. Uczyłam się z nim współpracować. Oddechem, głosem, ruchami i pozycją ciała...
No i skurcze nie były ciągłe. Trwały chwilę, a potem miałam chwilę, żeby odpocząć, rozluźnić się. Nie wiem, jak długo, bo w tym stanie czas nie istnieje. Nic się nie liczy poza mną - napięciem na skurczu i rozluźnieniem, napięciem, rozluźnieniem...

Nie musiałam wychodzić z wanny na badanie rozwarcia. Położna co jakiś czas przychodziła też badać tętno dziecka przenośnym detektorem. Kochana kobieta - wspierająca swą cichą obecnością i spokojnym, ciepłym głosem. Z nią czułam się bezpiecznie.
I z moim mężem - nie wyobrażam sobie, żeby go miało nie być przy mnie...
Jego czuły dotyk pomagał, koił. I właśnie wtedy moje ciało na adrenalinowym haju wkroczyło na ostatnią ścieżkę
Ból spłynął razem z wodą z wanny, pomogli mi z niej wyjść. Położna prosiła, żebym przez chwilę powstrzymała się od parcia, żeby dać czas mojemu ciału, nie spieszyć się, nie ponaglać.
Na czworakach, między skurczami przeszłam z łazienki do pokoju i tam, po krótkiej chwili na małym materacyku urodził się mój mały synek. W ciszy, spokoju, w tym zachwycie, że to już, wzruszeniu babci, która stała się niespodziewanym, milczącym świadkiem tego cudu...

Strasznie dygotałam - trochę z wrażenia, trochę z zimna i ze zmęczenia. Byłam taka dumna i wzruszona, że trzymam ten mój mały cud w ramionach.
Wcale nie płakał, tylko cichutko pojękiwał, a położony na mój brzuch tak spokojnie patrzył swoimi cudnymi oczętami.
Czy to normalne, że nie płacze? - pytał kilka razy dla pewności, zdziwiony mąż.
Normalne Kochanie. "Domowe" dzieci rzadko płaczą - nie maja powodu.
Był półmrok, szumiały tłumione, pełne wzruszenia szepty, z kuchni pachniał już pieczony chleb. Nikt nam nie przeszkadzał, nie zabierał mi synka na mierzenie czy ważenie. Nie było żadnych niecierpliwych głosów, jarzeniówek, szczęku narzędzi, obcych rąk...
Tylko ja i ten mały człowieczek, razem przytuleni i otuleni domem, ciepłem i miłością.

Leżeliśmy tak spokojnie w pachnącej znajomo pościeli, ciało do ciała. Starszy brat dalej spał, nieświadom niczego.
W pokoju obok siedzieli położna, tata i babcia, która nie zdążyła zabrać starszego wnuczka. Wszystko działo się tak szybko... Rozmawiali cicho, pili herbatę i jedli ciepły chleb z masłem. A my - ja i urodzony przed chwilą mały człowieczek trwaliśmy tak przytuleni, wsłuchani w domowe odgłosy i ciekawi siebie, bo mimo zmęczenia nie mogliśmy zasnąć. Pachniał tak słodko! Trochę sobą, a trochę mną. Nie da się opisać słowami całej cudowności tego uczucia.

Razem z nowym dniem obudził się starszy brat. I ta chwila (na której mi tak bardzo zależało!), gdy zobaczył kilkugodzinnego braciszka i tak bardzo bardzo mocno się ucieszył, zaczął go całować i przytulać, a potem przytulaliśmy się wszyscy we czwórkę - ta chwila na długo zostanie w mojej pamięci.
Chciałabym, żeby tak było zawsze, za każdy razem, przy każdym porodzie… Żeby z tych ważnych pierwszych chwil Nowego Człowieka zostały w pamięci same dobre wspomnienia.

Ale cała ta historia, oprócz wielkiej radości, że się udało tak, jak chciałam, dała mi pewność, że MOGĘ, POTRAFIĘ. Że jeżeli się czegoś bardzo mocno chce, to jest ogromna szansa, że to się naprawdę uda. Dała mi wiarę, że we mnie jest ogromna siła, która potrafi dokonać cudu. I odkrycia tej siły życzę wszystkim Mamom.

23 komentarze:

  1. Karolina13/10/12

    Takie codzienne- jak ten chleb, a takie święto- jak Boże Narodzenie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mama Trójki13/10/12

    Ten chleb...rodzilysmy z tą samą położną :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mama Dwóch Chłopców14/10/12

    O! To opowiadała o tym chlebie? :) Czyli jej smakował? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Mama Trójki14/10/12

    Na pewno :)))
    Rodzilysmy niedługo po Tobie, a ja coś majaczylam o pieczeniu muffin z wiśniami ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna historia. Opisana tak spokojnie i świadomie. Zazdroszczę i gratuluję tak wspaniałych przeżyć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ja bym chciała rodzić w takich domowych warunkach, ale nie zdecydowałabym się na to, bo w razie komplikacji karetka mogłaby nie zdążyć. A bezpieczeństwo mojego maluszka jest dla mnie najważniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  7. cudownie :) gratulacje :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Mama Dwóch Chłopców14/10/12

    Cieszę się, że Wam się podoba i dziękuję za miłe słowa :)

    @Mamo Trójki - coś jest na rzeczy z tym pieczeniem ;)A w ogóle to dziękuję Ci za Twój opis - zainspirował mnie i stwierdziłam, że warto się podzielić tym, co dobre :) Mnie opisy domowych porodów niezmiennie wzruszają. A naszej położnej będę wdzięczna do końca życia za jej wspierającą obecność i towarzyszenie :)

    @Na Zielonym Wzgórzu - widzę, że poród domowy to dla Ciebie za duże ryzyko. Rozumiem to - nie jest to opcja dla wszystkich. To zależy od tego jak definiujemy bezpieczeństwo - zarówno swoje, jak i dziecka.
    Dla mnie bezpieczeństwo dziecka (zarówno psychiczne, jak i fizyczne) też jest najważniejsze, dlatego zdecydowałam się na dom. Niemniej przeszłam drobiazgową kwalifikację do porodu domowego, dużo różnych badań, a do rezerwowego szpitala miałam kilka minut samochodem.


    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudna opowiesc! Pozwolilam sobie wkleic linka do mojej doulowej stronki na FB http://www.facebook.com/pages/Doula-Services-profesjonalne-wsparcie-w-trakcie-porodu/292831734062405?ref=hl.

    Kobietom nigdy dosc czytania dobrych opowiesci porodowych, to chyba najlepsza forma przygotowywania do porodu.

    Wiem z wlasnego doswiadczenia, ze czasem gdzies przypadkowo zaslyszana, przeczytana opowiesc z porodu moze wrocic i zywo stanac w pamieci rodzacej mamy, no i przewazyc szale, tego jak sie sprawy potocza...

    OdpowiedzUsuń
  11. Zawsze łzy mi same ciekną przy takich opowieściach. Chociaż sama nie wiem, czy nie zdecydowałabym się na poród domowy. Rodziłam dwa razy w szpitalu i oba porody były niezwykłym przeżyciem i miło je pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mama Dwóch Chłopców14/10/12

    @dragonfly - a może też podzielisz się swoimi opowieściami? Ja swój pierwszy poród, w szpitalu (i z tą samą położną ;) ) też wspominam bardzo dobrze. Też nikt mi nie przeszkadzał, urodziłam bez znieczulenia i nacięcia, mimo bardzo drobnej postury. Synek zaczął płakać dopiero jak mi go zabrali na badanie i to było dla mnie najbardziej przykre :( Przynieśli mi go po kilku minutach już ubranego. Chcieli go jeszcze umyć i wsadzić na pół godziny do inkubatora (mimo, że nie było potrzeby - taki mieli zwyczaj). Gdyby nie interwencja męża, to pewnie tak by się stało...
    No i potem różne dyskusje z położnymi noworodkowymi czy salowymi... Ech..

    Jednak co dom, to dom. W domu jesteś u siebie, nikt ci nie mówi co masz robić. Nikt nie zabiera dziecka na badania/mierzenie/warzenie/przewijanie/mycie. Ale wierzę, że nawet w szpitalu można urodzić dobrze. Ja sam poród w szpitalu też wspominam dobrze, też była muzyka i przygaszone światło, do końca porodu. I cicha, dobra obecność położnej. Lekarza zobaczyłam dopiero po porodzie - nie był mi potrzebny. Nikt mnie nie poganiał, niczego nie kazał, nie musiałam leżeć pod KTG... Ale to był wyjątkowy mały oddział położniczy. Wiem, że nie w każdym szpitalu tak jest :( A chciałabym, żeby tak właśnie było - po ludzku. I zawsze. Niezależnie od miejsca porodu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Cudownie ciepla historia porodu. Juz niedlugo i ja bede rodzic, odliczam juz dni. Obym pamietala o twojej historii w trakcie porodu, bo dodaje on sil i wiary w to, ze jest to cos zupelnie naturalnego.

    Pozdrawiam i przytulam

    OdpowiedzUsuń
  14. Rozmarzyłam się...:)

    OdpowiedzUsuń
  15. lzy staja w oczach.... zal ze nie moglam tak rodzic mojego Malenstwa

    OdpowiedzUsuń
  16. lzy staja w oczach.... zal ze nie moglam tak rodzic mojego Malenstwa

    OdpowiedzUsuń
  17. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  18. Żyrafko Droga, zaglądam czasem, bo bardzo lubię bezprzemocowe Twe opowieści. Nie miałam pojęcia, że jesteś Mamą nie tylko Zo, ale już teraz czterech Słoneczek. Bardzo się cieszę, że jesteś taką Mamą! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie moja opowieść, tylko Mamy Dwóch Chłopców :) ja jestem Mamą Dwóch Dziewczynek :)

      Usuń
    2. AAAAAAAAAAA, ale i tak na moim blogu wymagało to zmiany z "Zyrafki i jej Słoneczko" na "Żyrafka i jej Słoneczka". :)))

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...