Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granice. Pokaż wszystkie posty

13.7.13

Płacz niemile widziany...

     Niełatwo słuchać płaczu. Szczególnie dziecięcego. Mam w pamięci te sytuacje, w których z ust rodzica padają słowa: "przestań już", "uspokój się", "ileż można płakać", "no już dobrze, dobrze", "nie maż się", "jesteś już takim dużym chłopcem". Pamiętam kolor rękawów ocierających zapłakaną buzię mniejszych i większych dzieci. I pamiętam głos z przeszłości: "płacz, to ty masz na zawołanie". 
      Trudno obcować z płaczem. Trudno się z nim zaprzyjaźnić. Łatwiej w domowych pieleszach, ale żeby między ludźmi... Przecież to nie wypada. To takie niestosowne. 

       Dlaczego dziecięcy płacz jest niemile widziany? Ponieważ w społeczeństwie, w którym żyjemy wciąż żywe są poniższe "prawdy": 
  1. płacząc okazujemy słabość, a w życiu "trzeba być twardym, nie miętkim". Jeśli chcesz osiągnąć sukces przestań się mazać, wstań i idź. Nie będą ci dokuczać, jeśli będą się ciebie bać. A kto boi się płaczącego chłopca?
  2. płacz piękności szkodzi (podobnie jak złość), a przecież dziewczynka ma być ładna, subtelna, wrażliwa ale nie płaczliwa. 
  3. płacz czasem przywołuje uczucia, które chcielibyśmy mieć pod kontrolą. Trudno przyznać się przed samym sobą, a co dopiero przed innymi, że płacz dziecka wywołuje moją irytację, złość. Dlaczego? Myślę, że m.in z powodu panującego powszechnie przekonania, że przy dziecku trzeba trzymać nerwy na wodzy.
  4. płacz to taki niecywilizacyjny sposób wyrażania siebie, przecież można powiedzieć o co chodzi, co się wydarzyło. 
  5. płaczą nieszczęśliwi, a przecież chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Rodzice pytani o cel wychowawczy czasem mówią: chcę żeby moje dziecko było szczęśliwe.
  6. płacz dziecka to oznaka rodzicielskiej nieudolności, bezsilności, braku kompetencji. Nawet jeśli już nie słyszymy: "no niechże pani coś zrobi, ile dziecko może tak płakać", to wciąż czujemy na sobie pełen dezaprobaty wzrok przechodniów i wzdychanie dziadków naszych dzieci. 
  7. płacz to narzędzie do wymuszania, manipulowania, kontrolowania. 

Kiedy uświadomiłam sobie, że płacz jest naturalnym stanem powrotu do równowagi, łatwiej mi było zaakceptować długość i intensywność płaczu moich córek.  

5.6.13

Karać czy nie karać?

     Nie karać. Pisałam o tym wielokrotnie, np. tutaj i tutaj. 

    Dla mnie nie ma takiej sytuacji, w której kara byłaby uzasadniona. Potrzebna. Nie ma takiej kary, która by nie krzywdziła dziecka. Nie naruszała jego integralności. Kara to kara. Nie przestanie nią być tylko dlatego, że użyjemy słowa "konsekwencja".
      W słowniku PWN znajduję taką definicję kary: 
  1. środek wychowawczy stosowany wobec osoby, która zrobiła coś złego
  2. środek represyjny względem osób, które popełniły przestępstwo 
     Czy to przypadek, że karą określa się "środek wychowawczy" i "środek represyjny"? Czy te dwa określenia nie mają wspólnego mianownika? 

     Trudno mi przyjąć do wiadomości, że karząc dzieci działamy dla ich dobra. Trudno pojąć, że to, co boli (fizycznie lub psychicznie) może dla dziecka być "doskonałą nauką odpowiedzialności i samodyscypliny". Trudno mi zrozumieć dlaczego wychowanie bez kar nazywane jest "bezstresowe", a wychowanie z karami jest po prostu "wychowaniem". Logika mi podpowiada, że powinno być nazwane "stresowym".
      Bez kar da się. W relacji z dzieckiem nie chodzi przecież o posłuszeństwo, a o współpracę i porozumienie się. O budowanie silnej więzi opartej na zaufaniu, akceptacji i bezpieczeństwie. Bycie rodzicem nie polega przecież na wydawaniu poleceń i egzekwowaniu ich. Prawda? 





     
      





29.6.12

Będę z Tobą

     Zauroczona i zainspirowana wpisem Lovepatiens chcę Wam opowiedzieć o tych momentach naszej wspólnej drogi z Zo, kiedy za Kasią Groniec śpiewam:

Ze swojej drogi zejdę
Będę z Tobą
dokądkolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz
będę z Tobą
Gdziekolwiek się zwrócisz, cokolwiek powiesz
będę z Tobą

Ze swojej drogi zejdę

Będę z Tobą
I w najlepszej z chwil i najgorszej tez
Będę z Tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu
Będę z Tobą
Z Tobą

Ty przed Tobą świat,

za Tobą ja,
a za mną już nikt.


      Są takie momenty w naszej relacji, że droga Zo staje się moją drogą, że zupełnie naturalnie schodzę ze swojej, by wejść na jej i uznać ją za własną. Dzieje się tak, gdy Zo staje przed nieznanym. Spotkanie z obcym, mało znanym człowiekiem, zabawa z "nieoswojonym" rówieśnikiem, wejście pierwszy raz w daną sytuację, to są dla Zo nie lada wyzwania. Choć moja córka nazywana jest "czortopchaczem", to w tych trzech sytuacjach jest powściągliwą i uważną obserwatorką. Zo potrzebuje nie tyle czasu na zaaklimatyzowanie się, co poczucia bezpieczeństwa, pewności, że jestem dostępna, w zasięgu wzroku, nastawiona wyłącznie na nią ("Ty przed Tobą świat, za Tobą ja, a za mną już nikt..."). Potrzebuje mojej ręki, moich ramiom, moich kolan i moich oczu, by ruszyć przed siebie, by odkrywać świat. 
        Moja córka nie jest lękliwa, nieufna, niesamodzielna, zbyt mocno do mnie przywiązana. Moja córka ma do mnie zaufanie. Moja obecność daje jej poczucia bezpieczeństwa, które jest fundamentem pewności siebie i poczucia własnej wartości.  Kiedy więc woła: "mamo, mamo, chodź" - idę. Kiedy mówi: "zostań tu ze mną przez chwilę" - siadam we wskazanym miejscu. Kiedy informuje: "idziemy do domu" (na placu zabaw pojawiła się gromadka głośnych 6 latków) - wstaję. I w głowie nie pojawia się myśl, że Zo jest ode mnie uzależniona, że muszę zrezygnować z siebie, że to najkrótsze droga do wejścia mi na głowę :) 
Schodzę ze swojej drogi bez żalu, pretensji, bez poczucia straty. Wchodzę na Jej z radością, otwartością, ciekawa tego, czego dziś się o Niej dowiem. I lubię te kawałki Wspólnej Drogi. Tak jak lubię tylko Jej Drogę i tylko Moją. 
    

3.3.12

O granicach

       Wracają jak bumerang: "Ona nie szanuje granic", "Musisz jej stawiać granice, bo inaczej...", "Jak tak dalej pójdzie, to wejdzie Ci na głowę". Zaczynam wątpić czy możliwe jest inne widzenie granicy niż tylko jako muru, którego ani przeskoczyć nie wolno, ani taranem go wziąć.  Mam naprawdę dość tłumaczenia, że kiedy moja córka mówi "nie" to właśnie pokazuje gdzie leży jej granica. I że jeśli nie szanuje się jej "nie", to jakim prawem żąda się od niej szacunku dla cudzego "nie".
Mam dość powtarzania, że kiedy szanuje się dziecięce "nie chcę", "nie lubię", "nie podoba mi się", "nie smakuje mi", to wówczas uczy się dziecko szacunku dla granic drugiego człowieka. Dla jego: "jestem zmęczona, nie będę się teraz z tobą bawić", "nie lubię kiedy wspinasz się po mnie", "nie chcę abyś biła brata", "nie podobam mi się, kiedy pokazujesz język babci".
         Czuję się bezradna, gdy po raz kolejny słyszę, że muszę jak ten Cerber pilnować Zo, bo w przeciwnym razie "nic dobrego z niej nie będzie". Nie chcę powtarzać jak stara płyta, że granice to nie zakazy i nakazy. Że kiedy moja córka zaczyna płakać, krzyczeć czy tupać, to zwykle dlatego, że jej granice zostały staranowane. Że nie został wzięta pod uwagę. Że nie została potraktowana poważnie. Naprawdę mam dość... 

        Całkiem niedawno dotarło do mnie, że ci którzy najczęściej przypisują Zo brak granic, sami mają kłopot ze swoimi granicami, zbyt szczelnymi lub z dziurami tu i ówdzie. To Juul napisał, że jeśli dzieci notorycznie łamią granice dorosłych, to problem leży po stronie dorosłych... 
 

6.10.11

"Nie" z miłości, moje "nie"

"Wiele matek skorzystałoby, wyzwalając się od poczucia winy i wyrzutów sumienia, kiedy mówią NIE. Skorzystałyby na tym także ich dzieci. Wyrzuty sumienia powodują bowiem, że nasz przekaz staje się mętny, a to z kolei prowadzi do konfliktów - bo dziecko nie wie, czego się trzymać, nie otrzymuje jednoznacznych TAK i jednoznacznych NIE"    
                                                                                                          /Jesper  Juul/


       Nie jest łatwo. Codziennie muszę podejmować decyzję dotyczącą mówienia "nie". Potrzebom Zo chciałabym mówić "tak". Zawsze.  I nie chodzi mi o to, że zawsze chcę je zaspokajać. Czasem po prostu nie mogę.  Chodzi o to, że zawsze chcę je widzieć. Zależy mi na tym, by moja córka czuła, że traktuj ją poważnie, że jej potrzeby są dla mnie ważne. W moim odczuciu to najlepsze, co mogę jej dać. W przeciwnym razie Zo będzie czuła się nieważna.
      Nie jest łatwo. Nie dlatego, że codziennie mówię jej "nie" (przynajmniej kilka razy), ale dlatego, że codziennie muszę za to moje "nie" brać odpowiedzialność. Bez poczucia winy. Bez wyrzutów sumienia. Spokojnie. Pewnie. Bezpiecznie dla mnie i dla niej. 
    
Moje "nie". W drodze z przedszkola.
Zo: Mamo, jak chcę jeszcze zostać na placu zabaw (po godzinie zabawy). Nie chcę iść do domu
Ja: Słyszę, że miałabyś ochotę tutaj jeszcze zostać.
Zo: Tak, chcę tu zostać. Mamo, chcę tu zostać. Zostaniemy? (potrzeba zabawy wciąż była niezaspokojona. Trudno się dziwić. Dzieci uwielbiają się bawić)
Ja: Zo, nie mogę tu zostać dłużej. Muszę wrócić do domu, bo za chwilę przyjdzie do mnie koleżanka.
Zo: Nie chcę. Ja chcę zostać, słyszysz?
Ja: Słyszę Kochanie. 
Zo: Zostaniemy? Jeszcze tylko 5 minut?
Ja: Nie. Nie zostaniemy. Proszę, to twój plecak. Idziemy.
Zo: Koleżanka nie jest twoją córką. Ja nią jestem (musiałybyście widzieć moją minę na te słowa; dzieci są niesamowite). Buuuuuu...... Nie chcę iść z tobą. Chcę do taty. Gdzie jest mój tatuś... Chcę do tatusia. 

       Powiedziałam "tak" mojej potrzebie  i "nie" potrzebie Zo i musiałam za to wziąć odpowiedzialność. Tym razem nie miałam poczucia winy. Idąca trzy kroki za mną Zo nie była mi kulą u nogi. Dlaczego? Ponieważ moje "nie" było prawdziwe. Nie kryła się za nim ani władza rodzicielska, ani wygoda czy lenistwo, ani tym bardziej manipulacja. Owo "nie" było stanowcze, ale wypowiedziane z szacunkiem. Widziałam potrzebę Zo i ona to czuła (po 20 metrach szłyśmy już obok siebie, a po kolejnych 20 Zo wzięła mnie za rękę).
     
       Na koniec oczywiście Jesper Juul: Kiedy nie możemy powiedzieć NIE - a przynajmniej tak się czujemy - pozostaje nam wybór spośród trzech równie niezadowalających możliwości: powiedzieć TAK bez przekonania, skłamać albo zrezygnować. 

29.9.11

O co chodzi z tym manipulowaniem?

          Mamo, ostatni raz...  nowości w słowniku mojej córki. Najpierw usłyszałam i uznałam, choć nie rozumiałam. Potem pomyślałam i zrozumiałam. Zo chce być brana pod uwagę. Chce być usłyszana. Chce współuczestniczyć. Współdecydować. Iść w swoją stronę.


       Niektórzy uważają, że Zo sprawdza, testuje, manipuluje. Nie zgadzam się. To, co robi moja córka to poszukiwanie strategii na zaspokojenie swoich potrzeb. Myślicie, że to to samo? Według mnie, nie.       
       Kiedy przypisujemy dzieciom manipulacje, testowanie, to niemal natychmiast stajemy na straży rodzicielskiego autorytetu, odbierając bardzo osobiście wrzaski, płacz, trzaśnięcie drzwiami. To, co w takich momentach mamy do zaoferowania dzieciom, to konsekwencja, często za wszelką cenę. Konsekwencja, która w dostępnych na rynku poradnikach wychowawczych jest odpowiedzią na większość pytań i wątpliwości. Przyjrzyjcie się tylko tytułom, a będziecie zaskoczeni.
        Twoje dziecko nie zjadło całego obiadu? Bądź konsekwentna - nie daj mu kolacji, niech idzie spać głodne. Maluch nie chce iść do przedszkola? Powiedz stanowczo "nie", bo inaczej będziesz z nim siedzieć w domu do 5 roku życia, no może do 6, bo władza właśnie szykuje się do wyborów... Twoja córka chce żebyś na górskiej wycieczce wziął ją na barana? Bądź stanowczy. Powiedz, że jest już duża, że ma dwie nogi tak jak ty, że uprzedzałeś, co ją czeka. Uczyń z wycieczki  wojskową ścieżkę zdrowia, bo przecież jeśli ustąpisz, jeśli nie będziesz konsekwentny, to następnym razem będziesz ją niósł na rękach do przedszkola i z przedszkola. 
        Kiedy porzucimy mit konsekwencji jako antidotum na wychowawcze bolączki, to szybko okaże się, że nasze dziecko zwyczajnie nie lubi fasoli (źródła żelaza), a i ty też przecież za nią nie przepadasz. Nie chce iść do przedszkola, bo musi siedzieć obok Kamila, który szczypie i zabiera zabawki. Prosi o wzięcie na barana, bo jest trochę zmęczone i bardzo znudzone wijącą się wśród wysokich drzew ścieżką. Przecież stąd nic nie widać.
       Zo nie testuje, nie manipuluje, więc ja nie muszę być konsekwentna :) I co więcej nie będę  mieć poczucia winy, że to... z powodu braku mojej konsekwencji :) 
       Kiedy Zo nie chce sama włożyć butów, to szuka ze mną kontaktu, potrzebuje bliskości. Kiedy mówi, że nie chce iść dzisiaj do przedszkola, to chce mi opowiedzieć o tym, co w przedszkolu ją przeraża. Chce być wysłuchana. Kiedy odsuwa talerz w czasie niedzielnego obiadu u dziadków mówiąc: "ohyda", to chce być zauważona. Jest przecież najmniejsza, a rozmowa toczy się ponad jej głową.
       Kiedy dzisiaj rano Zo "obraziła się na mnie", bo do jajecznicy dałam jej łyżeczkę, a nam widelce, to chciała być potraktowana tak samo, jak jej rodzice. Chciała być ważna. Czy to manipulacja?
   
         O pożytkach płynących z niekonsekwencji napisała Agnieszka Stein, empatyczny psycholog. Gorąco polecam artykuł. 

3.8.11

Prośba czy rozkaz? Co słyszysz?

      Zbyt często przypinamy dziecku łatkę manipulatora, uparciucha, beksy czy nerwusa wtedy, gdy jasno komunikuje czego chce.

       Dzisiaj usłyszałam pytanie: "Nie boi się Pani, że Mała będzie rządzić, jeśli będzie Pani akceptować takie zachowanie?" . "Nie, nie boję się" - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie dodałam, że cieszy mnie takie zachowanie Zo, bo moja rozmówczyni była naprawdę zaniepokojona. Cóż takiego zrobiła moja córka? Powiedziała NIE. Postawiła granicę.  


       Wychodząc z kina (byłyśmy oczywiście na Kubusiu Puchatku) zapytałam Zo, którą postać najbardziej lubi. A ona na to: "Mamo ci..., nie mów do mnie". Przestałam pytać. Wzięłam pod uwagę jej prośbę. No właśnie... Ja usłyszałam prośbę. Mama, która zadała mi to pytanie - rozkaz.  
      Dlaczego usłyszałyśmy tak skrajne rzeczy? Być może dlatego, że mamy różne doświadczenia związane z obchodzeniem się z naszymi uczuciami i potrzebami (w dzieciństwie, w okresie dorastania, w świecie dorosłych). Może dlatego, że wyszłyśmy z  zupełnie różnych domów, wlokąc za sobą metody wychowawcze naszych rodziców. A może mamy zupełnie inny pomysł na bycie ze swoimi dziećmi. To nie wszystkie moje propozycje...

     Wielokrotnie pisałam, że rolą rodzica jest dostrzeganie tego, co widzi i usłyszenie tego, co słyszy. 
      Kiedy Zo artykułuje jakąś swoją potrzebę to, w świecie żyrafy, biorę ją pod uwagę; więcej: włączam jej potrzebę w swoją.. To nie tylko zmniejsza frustrację, ale przede wszystkim  nie zrywa kontaktu. I jest jeszcze coś. Jeśli Zo potrafi powiedzieć "nie" swojej mamie, to będzie mówić "nie" także obcym. A przecież o to mi chodzi. Chcę, żeby Zo stawiała granice i broniła ich przed intruzami. 

8.7.11

Poranne NIE

Dzisiaj rano Zo otworzyła oczy i prosto z mostu zakomunikowała: Nie dam Ci buziaka. A ja, jak jaka głupia, ucieszyłam się, choć chciałabym cały czas i przez całe życie móc ją przytulać i całować. Ucieszyłam się tak, jak ciesze się zawsze wtedy, gdy Zo jasno komunikuje czego chce, a czego na pewno nie chce. Czasem bywa to trudne, mniej dla mnie, bardziej dla otoczenia. Czasem niezrozumiałe albo rozumiane opacznie. Jak na przykład wtedy gdy Zo:
  • odmawia przytulenia się do swojej ulubionej cioci, 
  • odwraca buzię gdy dziadek chce ją pocałować, 
  • odtrąca rękę, która chce ją pogłaskać po głowie,
  • odwraca się plecami gdy rzeczy idą nie po jej myśli.
     Dlaczego te sytuacje wywołują moją radość? Ponieważ Zo stawia granice. Nie muszę tego robić za nią. Jestem uratowana!!! Nie wychowam córuni żądającego gwiazdki z nieba - o czym informuje mnie kolejny bestseller. Papier przyjmie przecież wszystko - myślę. A pieniądz - wiadomo - nie śmierdzi. Nasz rynek zalały wszechwiedzące poradniki (pewnie autorstwa wszechwiedzących dorosłych). Są wśród nich i takie, które dają prawo rodzicom do jednego klapsa. Spróbowałyby kto dać mi klapsa... Ale dziecku? Co za problem. Przecież jest nieposłuszne, wyrzuca piasek z piaskownicy, rzuca się na sklepową posadzkę, pokazuje język... Jeden klaps nikomu jeszcze nie zaszkodził, a ilu ludzi dzięki niemu wyszło na ludzi... GŁUPOTA...

      Pamiętam większość otrzymanych klapsów. Pamiętam także większość kłamstw, które uratowały mnie przed kolejnym klapsem. Wyszłam na ludzi, to prawda, ale nie z powodu klapsów. Możecie mi wierzyć.

      Wracając do porannego NIE. Cieszę się, że Zo nie jest "grzeczną dziewczynką" (to etykieta, na która  jestem szczególnie uczulona), która z uśmiechem od ucha do ucha zawsze mówi "dziekuję", "proszę", "przepraszam". Tą "grzeczną dziewczynką" która całuje przyszywaną ciocię, daje się wsadzać na barana widywanemu raz do roku wujkowi, czy podaje rękę każdemu spotkanemu dziecku.
Przesadzam?
     Ja wybieram ludzi, do których się przytulam i których całuję. Z jedną sąsiadką rozmawiam na klatce schodowej o kolejnej bezsensownej decyzji administracji, z inną - nie. Tej koleżance pożyczam żakiet, tamtej - nie. W autobusie nie ustępuję miejsca każdej starszej ode mnie osobie. To ja. A Zo?
    Od niej oczekuje się, że w piaskownicy będzie pożyczać swoje zabawki każdemu dziecku, dzielić się słodyczami, mówić dzień dobry wszystkim sąsiadom, nawet tej strasznej Pani z 2 piętra. Kiedy tego nie robi słyszy "ale z ciebie niegrzeczna dziewczynka". 
      Ja i Zo mamy takie same potrzeby (będą to powtarzać w kółko). Obie chcemy decydować o sobie i o swoich rzeczach. I obie nie jesteśmy ani grzeczne ani niegrzeczne. Po prostu jesteśmy.



Pozdrawiam Was.
Monika

29.6.11

Co krok pedagog

       Rosną jak grzyby po deszczu. Prawdziwy wysyp.Codziennie stają na naszej (mojej i Zo) drodze, by przestraszyć moje dziecka, a mnie wkurzyć. Domorośli pedagodzy.
      Co rusz spotykam jakąś życzliwą staruszkę, która chce zabrać moje płaczące dziecko "żeby mamusia miała spokój", statecznego Pana, za którego czasów nie do pomyślenia było, by dziecko chciało usiąść w zatłoczonym autobusie czy doświadczoną mamę, trzech dorosłych synów, która lepiej ode mnie wie, czego Zo potrzebuje. Mam ochotę krzyczeć...

       Jakiś czas temu pewna elegancka 50 latka zaproponowała Zo, że da jej "klapsa, bo mama pewnie tego nie zrobi"(skąd wiedziała?). Zo natychmiast schowała się za mną, mocno chwyciła mnie za rękę i ciuchutko powiedziała: Mamusiu ja nie chcę żeby ta Pani na mnie patrzyła.
      Zuch dziewczyna - pomyślałam. Mimo zachwianego - przez nawiedzoną babę - poczucia bezpieczeństwa jasno komunikuje, czego potrzebuje. Stojąc murem za moją córką, powiedziałam: Proszę nie patrzeć na moje dziecko. Proszę nie mówić do mojego dziecka. Ani do żadnego innego - rzuciłam na odchodne. A na pytanie Zo: Mamusiu kto to był? odpowiedziałam: Dorosły. I kiedyś z pewnością dodam, że dorosły też może mówić głupoty, nie wiedzieć jak się pisze gżegżółka (choć drugoklasista musi) czy pomylić drogę. Nie zabraknie do tego okazji.

     Dorośli WIEDZĄ. Przeczytali instrukcję obsługi dziecka (napisaną przez jakąś super nianię) i poznawszy tajemną wiedzę przywłaszczyli sobie prawo decydowania o dziecku i za dziecko. Dorośli postanowili wychować dzieci na porządnych ludzi i prawowitych obywateli mówiąc im, co jest dla nich dobre, a co nie; co należy czynić, a czego się wystrzegać. Stali się ekspertami od obchodzenia się z dziećmi.  Eh, ci dorośli.
    Kochani Rodzice, w zderzeniu z takim dorosłym, ufajcie dzieciom, które w swojej kompetencji wiedzą, czego chcą. Nawet jeśli nie potrafią jeszcze powiedzieć sąsiadce z drugiego piętra, że nie chcą, aby ta tarmosiła ich czuprynę, to z pewnością na jej widok będą zakrywać głowę dłońmi, spuszczać wzrok, "żądać" od rodzica wzięcia na ręce czy (jak robiła to Zo) iść w przeciwnym kierunku. Jeśli na uwagi typu: "jesteś niegrzeczny", "dziewczynki w ten sposób się nie zachowują", "nie płacz, nic się nie stało" (wypowiadane przez babcie, panie w sklepie, nauczycieli ect.) dzieci chowają się za sklepowy filar, robią groźne miny, syczą czy pokazują język, to robią to tylko po to, by siebie ochronić np. przed etykietką.
  
Czasami myślę, że moim jedynym obowiązkiem, jako rodzica, jest dostrzeganie tego, co widzę. 

Pozdrawiam Was. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...