Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie. Pokaż wszystkie posty

6.11.12

Zo Waleczna

      Mamo wiesz, ja bardzo lubię Meridę. Tak samo jak Simbę. (Nic nie mówię. Patrzę na dziecko. Kiwam głową. Jestem). Lubię ją, bo ona wie, czego chce. (Troszeczkę jestem zaskoczona, mimo że często pytam Zo: czego chcesz?). I jest uparta, jak ten osioł.  Mówi, że nie wyjdzie za mąż i mama ją nie przekona. U nas też tak jest, prawda mamo? (Prawda, córko.) A wiesz dlaczego ona nie chce wyjść za mąż? (Ja wyjdę - dorzuca Zo - ożenię się z Wiktorem i będziemy mieć dzieci). No wiesz mamo? (Kiwam przecząco głową). Bo Merida wie czego chce, to znaczy wie czego nie chce. Ja też wiem i będą Meridą i do niczego nie możesz mnie zmusić. (Trochę mi głupio)
 

        Lubię Meridę Waleczną. Lubię Zo Waleczną. Lubię wszystkie te dzieci, które mówią: "nie, nie będziesz mi rozkazywać", "nie, ja nie chce tego jeść", "sama zdecyduję", "na pewno tego nie zrobię" "nie, nie teraz, teraz się bawię" itp. Lubię dzieci, które wiedzą, czego chcą i czego nie chcą. Lubię je, choć w obsłudze do najłatwiejszych nie należą :)

25.8.12

O Piaskowym Wilku, pazurach i chowaniu się

     "Wszyscy spojrzeli na Karusię, wszystkie oczy zwróciły się na nią. Karusia stała na schodach domu. Sama. Wszystkie te ciocie i wujowie, mama i tata - wszyscy patrzyli tylko, uśmiechali się i czekali. Na piosenkę. Ale Karusia nie chciała śpiewać. Rzuciła skakankę na ziemię, szybko zbiegła po schodach i popędziła na plażę. 
         Za sobą usłyszała głos jednej z cioć:
- Wstydzi się pewnie. 
        Karusia rozpoznała ten głos. Głos cioci w zielonej sukience. 
        A na plaży leżał Piaskowy Wilk i szeleścił w słońcu i ostrzył pazurki. Karusia usiadła obok.  
- Czy zawsze trzeba robić to, o co proszą dorośli - spytała?
- Ależ skąd ! Nie zawsze - odparł Piaskowy Wilk.
- Tak właśnie sądziłam - powiedziała Karusia i grzebiąc palcami w piachu, pomyślała, że fajnie byłoby mieć pazurki. Wtedy można by pazurkami podrapać to i tamto. I podrzeć. Na przykład sukienki. Zwłaszcza zielone (...)
- I jeszcze chcieli, żebym im śpiewała - żaliła się Karusia.
- Może po prostu lubią muzykę - powiedział Piaskowy Wilk.
- To niech sobie sami śpiewają - powiedziała Karusia.
- Może nie mają odwagi - zastanawiał się Piaskowy Wilk.  - Wstydzą się.
- Niemożliwe - powiedziała Karusia - Przecież oni gadają jak najęci.
Piaskowy Wilk rozcapierzył łapy. Cudownie mieć świeżo zaostrzone pazurki. 
- Jeśli nie chcesz, żeby cię widzieli, to się chowasz - powiedział - Pod krzakiem albo za drzwiami. Albo za gadaniną. 
          Karusia zastanowiła się chwilę" 
                                                                            ("Piaskowy Wilk, Asa Lind) 



       Dorośli nie widzą wszystkiego. Dorośli nie są nieomylni. Dorośli też się potykają, popełniają gafy, rozrabiają, plotą trzy po trzy. A nawet jeśli zdarzają się dorośli, którzy tego wszystkiego nie robią, to i tak czasem dzieci zatykają uszy, gdy tylko Ci otwierają usta. Dzieci mówią: nie mam ochoty, nie chcę, nie lubię, nie zrobię tego. I dobrze. Dlaczego? Bo tylko to, co rodzi się z potrzeby, nie zaś z obowiązku czy przymusu, jest prawdziwą wartością. Nie chodzi o to, by być miłym, bo takie jest oczekiwanie rodzica, cioci, nauczyciela, pani z tramwaju. Chodzi o to, by być miłym z potrzeby serca. Jeśli nie ma w dziecku zgody na wypełnienie prośby dorosłego, to lepiej będzie dla nich obojga, by powiedziało "nie". W PbP "nie" jest początkiem, nie końcem dialogu. Kiedy dziecko mówi "nie" dla mojej prośby, to mówi "tak" dla jakiejś swojej potrzeby. I warto pamiętać, że dziecięce "nie", to nie zamach na "tak" dorosłego, lecz sposób wyrażenia swojego stanowiska. 

         Pazury trzeba ostrzyć. Własne i dzieci. Dobrze zaostrzone pazury są jak intuicja, dzięki której widzimy rzeczy takie jakie są, a nie takie na jakie wyglądają. Kto posiada pazury, ten nie boi się stanąć twarzą w twarz z konwenansami, zewnętrznymi normami, narzuconymi zasadami, ludzkimi oczekiwaniami. Przycinając dzieciom pazury pozbawiamy je wewnętrznej siły, tej z którą przychodzą na świat, tej w którą wyposażyła je Matka Natura. To prawda, że nie przycinając ich, dziecko może zadrapać siebie lub drugiego, czasem nawet popłynie krew, a czasem i blizna zostanie, ale tylko tak nauczy się siebie.

         Kiedy dziecko nie chce być widziane, a dzieje się to niezwykle rzadko, bo potrzeba bycia dostrzeżonym, usłyszanym i branym pod uwagę jest niezwykle silna u dzieci, to wówczas robi coś, co nam dorosłym wydaje się dziwne. Gdy w naszej głowie pojawia się myśl: niemożliwe, to nie moje dziecko, to nie w jego stylu, na pewno nie, mój syn tego nie lubi, skąd takie zachowanie itp, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że nasze dziecko "chowa się", bo... 
No i naszym zadaniem jest dowiedzieć się dlaczego się chowa. A nie dowiem się tego wypytując, podglądając, szpiegując. Dowiemy się towarzysząc dziecku np. w zabawie.  

6.10.11

"Nie" z miłości, moje "nie"

"Wiele matek skorzystałoby, wyzwalając się od poczucia winy i wyrzutów sumienia, kiedy mówią NIE. Skorzystałyby na tym także ich dzieci. Wyrzuty sumienia powodują bowiem, że nasz przekaz staje się mętny, a to z kolei prowadzi do konfliktów - bo dziecko nie wie, czego się trzymać, nie otrzymuje jednoznacznych TAK i jednoznacznych NIE"    
                                                                                                          /Jesper  Juul/


       Nie jest łatwo. Codziennie muszę podejmować decyzję dotyczącą mówienia "nie". Potrzebom Zo chciałabym mówić "tak". Zawsze.  I nie chodzi mi o to, że zawsze chcę je zaspokajać. Czasem po prostu nie mogę.  Chodzi o to, że zawsze chcę je widzieć. Zależy mi na tym, by moja córka czuła, że traktuj ją poważnie, że jej potrzeby są dla mnie ważne. W moim odczuciu to najlepsze, co mogę jej dać. W przeciwnym razie Zo będzie czuła się nieważna.
      Nie jest łatwo. Nie dlatego, że codziennie mówię jej "nie" (przynajmniej kilka razy), ale dlatego, że codziennie muszę za to moje "nie" brać odpowiedzialność. Bez poczucia winy. Bez wyrzutów sumienia. Spokojnie. Pewnie. Bezpiecznie dla mnie i dla niej. 
    
Moje "nie". W drodze z przedszkola.
Zo: Mamo, jak chcę jeszcze zostać na placu zabaw (po godzinie zabawy). Nie chcę iść do domu
Ja: Słyszę, że miałabyś ochotę tutaj jeszcze zostać.
Zo: Tak, chcę tu zostać. Mamo, chcę tu zostać. Zostaniemy? (potrzeba zabawy wciąż była niezaspokojona. Trudno się dziwić. Dzieci uwielbiają się bawić)
Ja: Zo, nie mogę tu zostać dłużej. Muszę wrócić do domu, bo za chwilę przyjdzie do mnie koleżanka.
Zo: Nie chcę. Ja chcę zostać, słyszysz?
Ja: Słyszę Kochanie. 
Zo: Zostaniemy? Jeszcze tylko 5 minut?
Ja: Nie. Nie zostaniemy. Proszę, to twój plecak. Idziemy.
Zo: Koleżanka nie jest twoją córką. Ja nią jestem (musiałybyście widzieć moją minę na te słowa; dzieci są niesamowite). Buuuuuu...... Nie chcę iść z tobą. Chcę do taty. Gdzie jest mój tatuś... Chcę do tatusia. 

       Powiedziałam "tak" mojej potrzebie  i "nie" potrzebie Zo i musiałam za to wziąć odpowiedzialność. Tym razem nie miałam poczucia winy. Idąca trzy kroki za mną Zo nie była mi kulą u nogi. Dlaczego? Ponieważ moje "nie" było prawdziwe. Nie kryła się za nim ani władza rodzicielska, ani wygoda czy lenistwo, ani tym bardziej manipulacja. Owo "nie" było stanowcze, ale wypowiedziane z szacunkiem. Widziałam potrzebę Zo i ona to czuła (po 20 metrach szłyśmy już obok siebie, a po kolejnych 20 Zo wzięła mnie za rękę).
     
       Na koniec oczywiście Jesper Juul: Kiedy nie możemy powiedzieć NIE - a przynajmniej tak się czujemy - pozostaje nam wybór spośród trzech równie niezadowalających możliwości: powiedzieć TAK bez przekonania, skłamać albo zrezygnować. 

19.8.11

Władza rodzcielska czyli co?

  • ... ty tu masz najmniej do powiedzenia
  • ... zrobisz co mówię
  • ... wychodzimy, już
  • ... nie podoba ci się, trudno
Może być też bardziej "humanitarnie":
  • ... przykro mi ale musisz zjeść to, co nałożyłeś sobie na talerz; taka jest zasada 
  • ... nie kochanie, jesteś za mała, by móc wybrać
  • ... kotku, ile razy mam ci powtarzać żebyś wreszcie zrozumiał
  • ... proszę stać spokojnie
    ...tak mówią rodzice, którzy swoje rodzicielstwo uprawiają na bokserskim ringu.

           Władza rodzicielska istnieje i istnieć musi (- mówią moi znajomi). Często jednak, źle pojmowana, występuje pod postacią wojny, toczonej między rodzicami, a dziećmi. Wojny o uznanie autorytetu, poszanowanie starych wartości, poczucie bezpieczeństwa - to rodzice; o wolność wyboru, autonomię, kontakt - to dzieci. To jest przede wszystkim wojna o uznanie uczuć i potrzeb - to cel obu stron.
          Walczący ze sobą rodzice i dzieci, walczą o to, kto decyduje, kogo będzie na wierzchu, kto ma rację, kto wypowie ostatnie zdanie. I nawet jeśli krew się nie poleje, nie obędzie się bez ofiar. Walcząc zrywamy kontakt. Z dzieckiem i z samym sobą. 

          W moim przekonaniu dorośli, którzy koniecznie chcą wyegzekwować u swoich pociech pożądaną postawę, przestają słyszeć swój wewnętrzny głos. Ten, który w chwili zagrożenia każe im uciekać, a w sytuacji kryzysowej szukać pomocy.
        Dzieci, wobec których rodzice stosują "władzę" w końcu stają się posłuszne. Na zawsze lub na jakiś czas. Robią to, co im mówimy, bo już nie potrafią lub nie chcą (bo się nie opłaca) powiedzieć NIE.


       Rozmawiając ostatnio z koleżanką o władzy rodzicielskiej dowiedziałam się, że przy nowelizacji prawa rodzinnego padła propozycja zastąpienia określenia "władza rodzicielska" - "pieczą rodzicielską". Sprawdziłam w słowniku synonimy "władzy" i "pieczy", i żałuję, że w polskim prawie wciąż funkcjonuje władza rodzicielska.
         Chyba wszyscy zgadzają się co do tego, że rodzic ma prawo użyć siły, nawet fizycznej, wobec dziecka, którego zdrowie lub życie jest w niebezpieczeństwie. Rzecz w tym, że używając jej rodzic robi to ponieważ troszczy się o dziecko, a nie dlatego, że chce nad nim dominować. Czy zatem "piecza rodzicielska" nie jest lepszym określeniem?
     
         Na koniec coś z naszego podwórka.
         Wczoraj byliśmy na spacerze, w czasie którego dwukrotnie użyłam siły wobec Zo. Siły chroniącej.
    Pierwszy raz, siły krzyku, gdy Zo jadąc na rowerze nie zwolniła przed ulicą. Moje "STOP. Zo zatrzymaj się. STOP" wykrzyczane z wszystkich sił zatrzymało ją nie naruszając jej granic. Skąd to wiem? Nie przestraszył jej mój krzyk!
        Inaczej rzecz miała się, gdy powiedziałam Zo by zeszła z drogi (ślepa uliczna wśród jednorodzinnych domów) ponieważ jedzie samochód. Zo to zrobiła, ale nie tak, jak to sobie wyobraziłam. Kiedy samochód bezpiecznie nas minął wzięłam Zo na ręce mówiąc: "DOŚĆ. Ponieważ mnie nie słuchasz, będziesz teraz u mnie na rękach". Zo zaczęła wierzgać nogami, machać rękami i krzyczeć: "puść mnie, puść mnie...". Postawiłam ją na ziemi i odeszłam na bezpieczną (dla niej i dla siebie) odległość. Kiedy eM i Zo podeszli do mnie, eM powiedział: "Zo poprosiła mnie bym Ci powiedział, że nie lubi kiedy na siłę bierzesz ją na ręce. Zo ma do Ciebie prośbę. Jeśli to, co zrobi Zo nie spodoba Ci się powiedz jej konkretnie co ma zrobić i wtedy ona powie TAK lub NIE."
        Nie mam wątpliwości, że tym razem użyłam siły, która podeptała granice Zo.

    3.8.11

    Prośba czy rozkaz? Co słyszysz?

          Zbyt często przypinamy dziecku łatkę manipulatora, uparciucha, beksy czy nerwusa wtedy, gdy jasno komunikuje czego chce.

           Dzisiaj usłyszałam pytanie: "Nie boi się Pani, że Mała będzie rządzić, jeśli będzie Pani akceptować takie zachowanie?" . "Nie, nie boję się" - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie dodałam, że cieszy mnie takie zachowanie Zo, bo moja rozmówczyni była naprawdę zaniepokojona. Cóż takiego zrobiła moja córka? Powiedziała NIE. Postawiła granicę.  


           Wychodząc z kina (byłyśmy oczywiście na Kubusiu Puchatku) zapytałam Zo, którą postać najbardziej lubi. A ona na to: "Mamo ci..., nie mów do mnie". Przestałam pytać. Wzięłam pod uwagę jej prośbę. No właśnie... Ja usłyszałam prośbę. Mama, która zadała mi to pytanie - rozkaz.  
          Dlaczego usłyszałyśmy tak skrajne rzeczy? Być może dlatego, że mamy różne doświadczenia związane z obchodzeniem się z naszymi uczuciami i potrzebami (w dzieciństwie, w okresie dorastania, w świecie dorosłych). Może dlatego, że wyszłyśmy z  zupełnie różnych domów, wlokąc za sobą metody wychowawcze naszych rodziców. A może mamy zupełnie inny pomysł na bycie ze swoimi dziećmi. To nie wszystkie moje propozycje...

         Wielokrotnie pisałam, że rolą rodzica jest dostrzeganie tego, co widzi i usłyszenie tego, co słyszy. 
          Kiedy Zo artykułuje jakąś swoją potrzebę to, w świecie żyrafy, biorę ją pod uwagę; więcej: włączam jej potrzebę w swoją.. To nie tylko zmniejsza frustrację, ale przede wszystkim  nie zrywa kontaktu. I jest jeszcze coś. Jeśli Zo potrafi powiedzieć "nie" swojej mamie, to będzie mówić "nie" także obcym. A przecież o to mi chodzi. Chcę, żeby Zo stawiała granice i broniła ich przed intruzami. 

    8.7.11

    Poranne NIE

    Dzisiaj rano Zo otworzyła oczy i prosto z mostu zakomunikowała: Nie dam Ci buziaka. A ja, jak jaka głupia, ucieszyłam się, choć chciałabym cały czas i przez całe życie móc ją przytulać i całować. Ucieszyłam się tak, jak ciesze się zawsze wtedy, gdy Zo jasno komunikuje czego chce, a czego na pewno nie chce. Czasem bywa to trudne, mniej dla mnie, bardziej dla otoczenia. Czasem niezrozumiałe albo rozumiane opacznie. Jak na przykład wtedy gdy Zo:
    • odmawia przytulenia się do swojej ulubionej cioci, 
    • odwraca buzię gdy dziadek chce ją pocałować, 
    • odtrąca rękę, która chce ją pogłaskać po głowie,
    • odwraca się plecami gdy rzeczy idą nie po jej myśli.
         Dlaczego te sytuacje wywołują moją radość? Ponieważ Zo stawia granice. Nie muszę tego robić za nią. Jestem uratowana!!! Nie wychowam córuni żądającego gwiazdki z nieba - o czym informuje mnie kolejny bestseller. Papier przyjmie przecież wszystko - myślę. A pieniądz - wiadomo - nie śmierdzi. Nasz rynek zalały wszechwiedzące poradniki (pewnie autorstwa wszechwiedzących dorosłych). Są wśród nich i takie, które dają prawo rodzicom do jednego klapsa. Spróbowałyby kto dać mi klapsa... Ale dziecku? Co za problem. Przecież jest nieposłuszne, wyrzuca piasek z piaskownicy, rzuca się na sklepową posadzkę, pokazuje język... Jeden klaps nikomu jeszcze nie zaszkodził, a ilu ludzi dzięki niemu wyszło na ludzi... GŁUPOTA...

          Pamiętam większość otrzymanych klapsów. Pamiętam także większość kłamstw, które uratowały mnie przed kolejnym klapsem. Wyszłam na ludzi, to prawda, ale nie z powodu klapsów. Możecie mi wierzyć.

          Wracając do porannego NIE. Cieszę się, że Zo nie jest "grzeczną dziewczynką" (to etykieta, na która  jestem szczególnie uczulona), która z uśmiechem od ucha do ucha zawsze mówi "dziekuję", "proszę", "przepraszam". Tą "grzeczną dziewczynką" która całuje przyszywaną ciocię, daje się wsadzać na barana widywanemu raz do roku wujkowi, czy podaje rękę każdemu spotkanemu dziecku.
    Przesadzam?
         Ja wybieram ludzi, do których się przytulam i których całuję. Z jedną sąsiadką rozmawiam na klatce schodowej o kolejnej bezsensownej decyzji administracji, z inną - nie. Tej koleżance pożyczam żakiet, tamtej - nie. W autobusie nie ustępuję miejsca każdej starszej ode mnie osobie. To ja. A Zo?
        Od niej oczekuje się, że w piaskownicy będzie pożyczać swoje zabawki każdemu dziecku, dzielić się słodyczami, mówić dzień dobry wszystkim sąsiadom, nawet tej strasznej Pani z 2 piętra. Kiedy tego nie robi słyszy "ale z ciebie niegrzeczna dziewczynka". 
          Ja i Zo mamy takie same potrzeby (będą to powtarzać w kółko). Obie chcemy decydować o sobie i o swoich rzeczach. I obie nie jesteśmy ani grzeczne ani niegrzeczne. Po prostu jesteśmy.



    Pozdrawiam Was.
    Monika

    31.5.11

    "Nie" z miłości

        Kolejna książka Jespera Juula ("Nie" z miłości) już w naszych księgarniach. Gorąco polecam. Juul pisze o sztuce odmawiania dzieciom i o prawie dzieci do odmawiania rodzicom.

    Posłuchajcie tego:
    "Rodzice powinni mówić NIE z czystym sumieniem zawsze wtedy, gdy czują, że chcą to powiedzieć. Tylko w ten sposób pomogą dzieciom zbudować wystarczająco silną integralność, aby kiedyś same potrafiły - w swoim życiu - powiedzieć NIE wtedy, gdy trzeba będzie to zrobić. Niewykluczone, że rodzic usłyszy czasem, iż nie ma pojęcia o niczym lub coś podobnego, ale nie jest to istotne. Istotne jest, żeby można było spojrzeć sobie w oczy"
      
    "...rodzice nie potrafią często przyjąć dziecięcego NIE jako ważnego daru. Dziecięca negacja jest całkowicie szczera i zarazem pozbawiona złej woli czy ukrytych pretensji, które tak często zatruwają słowa dorosłych. Tymczasem rodzice odbierają je zbyt osobiście, nie wiedząc, że nie jest ono skierowane przeciwko nim. Dzieci wyznaczają w ten sposób granice swojego terytorium i pokazują dorosłym, kim tak naprawdę jest ta mała istota, która ich bezgranicznie kocha"

    "...dziecka nie da się rozpieścić dawaniem mu za dużo tego, czego naprawdę potrzebuje. Rozpieszczone dzieci to te, które nie potrafią zaakceptować słowa NIE" 

    "...prawo dziecka do mówienia  NIE nie oznacza, że rodzic musi schylać przed nim głowę i podporządkowywać się jego woli. Oznacza tylko, że słowa dziecka - w tym także sprzeciwu - należy traktować poważnie, a przede wszystkim, że trzeba przyznawać mu do nich prawo "

         Za autorem życzę sobie i Wam opanowania sztuki mówienia NIE. Takiego NIE, które "powinno pochodzić z wnętrza, być osobiste i robić wrażenie" bo jak pisze Juul dalej "jedyną alternatywą jest ciągłe powtarzanie pretensji typu: Ile razy muszę ci to jeszcze powtarzać? Mówiłam (mówiłem) to już setki razy! Cierpi na tym nasza godność i szacunek dla siebie" 

    Monika

    28.5.11

    Nie! Nie! Nie!

            NIE w wykonaniu Zo jest przeważnie donośne i stanowcze. Nie to "Nie", a nie "Może". Jej "nie" bywało dla mnie bolesne. Zdarzało mi się płakać z bezsilności. A w dni, w które i ja byłam na NIE ryczeć po wszystkich i po wszystkim. W takie dni uciekałam się do złamania Zo, przekupienia jej lub porzucenia (babcine serce przyjmie bowiem nieskończoną liczbę NIE).
         
           Dzisiaj znów usłyszałam to stanowcze NIE i na sekundę przestałam oddychać. Na szczęście przechodzący obok M poszturchał mnie i oddech powrócił. Mocno wciągnęłam powietrze nozdrzami i zamiast zareagować po staremu czyli wycedzić przez zęby: Dość. Przestań. Proszę to natychmiast zrobić  lub coś w tych klimatach, zaczęłam cicho śpiewać piosenkę, którą przywiozłam z Familii Camp: Chcę usłyszeć tak lub nie, tak lub nie, tak lub nie/ Chce usłyszeć tak lub nie, tak lub nie, tak lub nie./ Bo to jest twój świat/ I choć jeszcze nie znam go on jest pełen barw... Drugą zwrotkę śpiewałyśmy razem: Chcę powiedzieć tak lub nie, tak lub nie, tak lub nie/ Chcę powiedzieć tak lub nie, tak lub nie, tak lub nie./ Bo to jest mój świat/ I choć jeszcze nie znasz go on jest pełen barw...

            Warsztaty NVC uzmysłowiły mi, że aby nawiązać kontakt z Zo muszę wybić sobie z głowy (im szybciej tym lepiej dla nas obu), że jestem w stanie przekonać ją do czegokolwiek. Że ta Mała zrobi to, co ja chcę. Daremny trud. Marny zysk. Kilka dni temu wymusiłam na Zo posprzątanie klocków przed kąpielą i w łazience było cicho, sprawnie, sucho...czyli nie było tam życia, nie było Zo. Nie opłaciło się.  

             Nie chcę tresować mojego dziecka. Chcę mieć z nią kontakt. Dziś, jutro, za rok, 5, 10 i 20 lat. Chcę także aby w pokoju był zrobiony porządek przed snem. Bardziej jednak chcę być z Zo w prawdziwej relacji. 
    I co teraz? Jak mówi  stare porzekadło "cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało na raz". A jeśli nie chcą naraz? Zawsze można użyć tzw. władzy rodzicielskiej - słyszę głos niektórych. Można... by zniszczyć naturalną więź istniejąca między rodzicem a dzieckiem.  
              Wybrałam inną drogę. Jej ufam. Na czym ona polega? Na włączeniu potrzeb dziecka w swoje potrzeby. Potrzebę zabawy (Zo) w potrzebę porządku (ja). Wynik: 1:0 dla NAS. Najpierw pobawimy się jeszcze 5 minut (może uda się pobawić w wrzucanie klocków do pudełka :) ) a potem pójdziemy do łazienki by dalej się bawić. W mycie włosów, puszczanie baniek mydlanych i ubieranie się w piżamę.  Potrzeba zabawy to jedna z podstawowych potrzeb dziecka. Warto o tym pamiętać.


     Lubię obserwować Zo w czasie zabawy (często robię to z aparatem w ręku :) ). Bawiąc się Zo jest najbliżej swoich potrzeb. Wtedy też najwyraźniej widzę, że to wolna istota, która mówiąc NIE nie planuje ataku na mnie. Jeśli ktokolwiek mnie atakuje w takich momentach to moje przerośnięte ego.

    "Nie wypowiedziane przez dwu- lub trzylatka jest prekursorem jego zdolności samoobrony,  chęci określenia, czego się chce w życiu oraz motywacji do osiągnięcia tego" (M.Sunderland w "Mądrzy rodzice"). "Nie" czyni z dziecka niezależną, odrębną istotę. Dziecięce "nie" wypowiadane jest z jakiegoś konkretnego, ważnego powodu. Ważnego dla dziecka a tym samym dla rodzica. I to "nie" potrzebuje wsparcia.

    Pozdrawiam.
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...