9.12.12

O poczuciu wartości

      Wczoraj wspólnie z Agnieszką Stein zastanawiałyśmy się (my, mamy) nad poczuciem wartości. Swoim i dzieci. Trzygodzinna wymiana myśli, spostrzeżeń, wątpliwości i pytań upewniła mnie, że to, co mogę dać najlepszego moim Córkom, to wspieranie ich poczucia wartości. I mojego także. Ufam, że mój wewnętrzny dobrostan jest przyczynkiem do wysokiego poczucie wartości Dziewczynek. I wiem, że One nie będą radosne, pewne siebie, godne zaufania, otwarte, jeśli ja je takimi nie będę widziała.
     Czym jest poczucie wartości? Agnieszka podała definicję, która leżała w moim sercu od dawna: „Jestem ważna, moje życie ma sens, mam swoje miejsce w świecie, nikt nie może mnie zastąpić. Świat beze mnie nie byłby lepszy. Jestem wyjątkowa. Tak jak wyjątkowi są inni ludzie. Nie ma nikogo na świecie takiego samego jak ja. Jestem niepowtarzalna.”

    Bezwarunkowa miłość i pełna akceptacja to najważniejsze elementy dziecięcego poczucia wartości. Co jeszcze pomaga go budować?
  • uważne słuchanie 
  • empatyczne mówienie 
  • czas i bycie dla dziecka 
  • bliskość 
  • okazywanie zainteresowania 
  • odpowiadanie na potrzeby dziecka 
  • szacunek, nie tylko dla dziecka, ale także dla jego planów, marzeń
  • zauważanie emocji 
  • umożliwienie podejmowania decyzji 
  • zgoda na samodzielność i zgoda na popełnianie błędów
  • zaufanie
  • bezpieczna więź
  • dziękowanie za obecność dziecka 
  • jakość relacji nie tylko z dzieckiem, ale i z innymi ludźmi 
  • traktowanie innych
  • dbanie o ciało dziecka
      A co przeszkadza w budowaniu poczucia wartości u dziecka?
  • ocena
  • krytyka
  • osąd moralny
  • porównywanie 
  • krzyk 
  • kary i nagrody 
  • autorytarne wychowanie 
  • bagatelizowanie uczuć 
  • pomijanie potrzeb
  • pośpiech
         Budowanie poczucia wartości to proces. Zaczyna się niemal z chwilą narodzin i trwa całe życie. Bardzo ważny w tym procesie jest okres dzieciństwa, bo to od niego trochę zależy z jakim bagażem nasze dzieci wejdą w dorosłe życie.
        To, czy moje dzisiaj małe córki lubią siebie i czy będą lubić siebie kiedy dorosną, kiedy będą Kobietami, zależy między innymi od tego, czy ja dziś lubię siebie i lubię je. Na oba pytania odpowiadam: tak.


60 komentarzy:

  1. Dziękuję za przypomnienie o niektórych rzeczach i uświadomienie innych :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi sie ta definicja:)

    OdpowiedzUsuń
  3. co dokładniej oznacza "dbanie o ciało"??

    OdpowiedzUsuń
  4. To prawda. Niestety nasze szkolnictwo psuje to co zbudujemy. Oczywiści nie wszyscy bo są nauczyciele, którzy wzmacniają nasze poczucie wartości i za to im chwała.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dbanie o ciało to traktowanie go jako integralnej części dziecka, co dla mnie oznacza taką samą dbałość o niego, jak o umysł czy ducha, taki sam szacunek dla niego, jak dla intelektu, marzeń czy umiejętności dziecka. Szrapanie za włosy w czase szczotkowania, mycie zębów na siłę, szybkie, nerwowe podnoszenie dziecka, które upadło ńie sprzyja wzmacnianiu jego poczucia wartości.
    Od kilku tygodni moja prawie 5 letnia córka w czasie kąpieli sama chce myć swoje intymne części ciała. Nie naruszam tej granicy choć pewnie nie zawsze jest umyta tak jakbym sobie tego życzyła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko a ja sie trochę martwię że jak nieumyję jej dobrze zębów albo pupy to zaraz będzie mówić że ją boli jak siusia i że ząbki ją bolą. Powiedz mi proszę jak niemyć na siłę zębów a umyć je dobrze, tak żeby dziecko nie dołączyło do szeregu czarno zębowców w przedszkolu? Chyba trochę na siłę myje jej te zęby ale jak ona myje sobie sama to w zasadzie myje tylko jedynki i język. więc mówię że najpierw ona potem ja. ale ona się nudzi jak ja jej myje bo to przecież trwa, bo żeby było porządnie to też trzeba dokłądnie etc. Ech mycie zębów to u nas troch e koszmar jednak..

      Usuń
    2. Dzieci chcą się bawić, prawie non stop. Więc może być w zabawie. I przez zabawę. Poza tym polecam szczoteczki soniczne, choć to dość duży wydatek. 15 tys obrotów na minutę robi swoje. I nie podrazniają dziąseł.

      Usuń
  6. ja też mogę śmiało odpowiedzieć tak na oba pytania i jestem z tego dumna.
    Ciało jest świątynią ducha więc należy o nie też dbać.
    Pozdrawiam.
    PS przez to, że mam bliźniaki często powtarzam im, że jest tylko jeden taki Tymuś na świecie jak on i to samo mówie drugiemu synkowi, że jest tylko jeden taki Szymuś na świecie jak on.
    Każdy z nas jest z osobna wyjątkowy i niepowtarzalny.
    Kochajmy siebie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9/12/12

    Dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  8. Podana przez Ciebie definicja właściwie zgadza się z tym, co czuję, a mimo wszystko wydaje mi się, że z moim poczuciem własnej wartości coś jest nie do końca tak jak być powinno, bo mnie brakuje pewności w tym, co robię, w niepowodzeniach widzę w większości swoją winę, a w pracy wykonane zlecenia oddaję klientom nieco podenerwowana czy aby na pewno dobrze je wykonałam, mimo że sprawdziłam kilka razy. Ale pracuję nad tym i mam nadzieję, że moja Córka taka nie będzie.

    A z innej beczki - do postu dołączyłaś zdjęcie Dziewczynek, a pod spodem w "You might also like..." jest post "Dziecko Aniołek" ze zdjęciem (o ile dobrze się domyślam :) ) maleńkiej Zo - niemal identyczna jak siostra :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Zdjęciu Dziewczynki są do siebie bardzo podobne. Czasem nawet identyczne. Już kolekcjonujemy te zdjęcia, na których są takie same :) W realu różnice są bardziej widoczne :)

      Usuń
  9. Trudne to wszystko w praktyce. Moja 5-latka kochana od początku bezwarunkową miłością i całkowicie akceptowana ma jak najlepsze zdanie o samej sobie, przeradza się to w poczucie że wszystko wie najlepiej (lepiej niż mama) i to ona chce decydować. W drobnych sprawach oczywiście pozwalam jej podejmować decyzje, ale są sytuacje kiedy nasze negocjacje kończą się tym, że to ja decyduję, i zawsze kończy się to awanturą (płacz, bunt, opór, szantaż). Tylko w domu rodzi się w niej taki mały tyran, w przedszkolu i wszędzie indziej jest ok. Zastanawiam się, czy to nie dlatego że w miejscach takich jak przedszkole dziecko musi się stosować do zasad, niezależnie od tego jaki ma humor. I generalnie te zasady ni są głupie ani tłamszące. A w domu jeśli traktuję ją z szacunkiem i pozwalam sobie na dywagacje czy ma dzisiaj akurat ochotę odnieść talerz po jedzeniu, czy nie, zauważam jej uczucia (czytaj obchodzę się jak z jajkiem kiedy nie ma humoru), z uwagą słucham że nie umyje dzisiaj zębów bo ma zamiar chodzić do dentysty, a ja muszę mieć przecież szacunek do jej planów. I w domu każdą zasadę próbuje naginać. Nie rozumiem tylko czemu takie moje traktowanie jej z szacunkiem nie działa w dwie strony, dlaczego ona nie liczy się kompletnie z moimi uczuciami? Czy takie są po prostu dzieci, czy gdzieś popełniam błąd?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kafi, czy w Waszym domu nie ma zasad? Czy po śniadaniu i kolacji nie trzeba umyć zębów? Czy obiad jecie przy stole? Czy po przekroczeniu progu domu mówicie innym domownikom dzień dobry/ cześć? Myślę, że tak. Czyli macie zasady, a skoro je macie to rzecz nie w zasadach leży. Dzieci nie są zaprogramowane raz na zawsze, co by oznaczało, że niezależnie od okoliczności i otoczenia w jakim się znajdują zachowują się zawsze tak samo. Dzieci zachowują się tak, a nie inaczej z jakiegoś konkretnego powodu.
      Kiedy czytam, że "jeśli traktuję ją z szacunkiem i pozwalam sobie na dywagacje czy ma dzisiaj akurat ochotę odnieść talerz po jedzeniu, czy nie, zauważam jej uczucia (czytaj obchodzę się jak z jajkiem kiedy nie ma humoru), z uwagą słucham że nie umyje dzisiaj zębów bo ma zamiar chodzić do dentysty, a ja muszę mieć przecież szacunek do jej planów" to przyznam szczerze, że trochę jestem zdezorientowana. Potrzebuję jasności co do pojęcia "traktować kogoś z szacunkiem". Co masz na myśli pisząc, że szanujesz swoje dziecko? Co masz na myśli kiedy piszesz, że nie dostajesz szacunku od swojego dziecka?

      Usuń
    2. Anonimowy11/3/13

      O dywagacjach z talerzem. Czy z umyciem zębów. To że dziecko ma ochotę chodzic do dentysty nie może byc jego decyzją - bo co - jeśli nie otworzy buzi u dentysty? No i kwestia zasadnicza - dziecko sie samo do dentysty nie przetrasportuje, to juz wymaga wiecej zachodu ze strony rodzica (znaleźć czas i moze jeszcze pieniądze jesli dentysta prywatny). Czyli zaczyna niebezpiecznie włazić na obszer rodziców, naruszać granice rodziców.
      Ja sie zgadzam(na ile zrozumiałam) z tym, co pisze Autorka bloga. Ale tez do pary trzeba wiedzieć, że rodzice mają władzę rodzicielską i sa sytuacje kiedy trezba jej użyć. Z myciem zębów robiłąm tak, ze jeśłi dziekco nie chciało myć zębów - modyfikowałam dietę, leciał z nij cukier po prostu, jako ten, który powoduje największe szkody. A do kompletu dziecko oglądało "Było sobie życie" o zębach.
      Z jednej strony szacunek, ale z drugiej strony - granice. One sa bardzo ważne! Bo tak jak nie można naruszać granic dziecka (dziecko wie co czuje i nie mówimy mu, kiedy jest głodne, kiedy jest smutne), tak nie można się wiecznie przesuwać w tył, czyli: "czy masz ochotę odnieść talerz?" - talerz jest do odniesienia, jeśłi nie masz siły, wczesniej będziemy chodzić spać, ZANIM siła sie skończy ;). I to nie będzie karą wtedy, jeśli będzi propozycją.
      Bo radzo ważne jest, zeby szacunku nie pomysłić z uległością. I żeby dzicko nie miało zbytniego komfortu KOSZTEM innych domowników.
      A protesty - one zawsze będą i warto sie uczyć z nimi życ. Dziecko jednak nie ma takiego doświadczenia jak my, rodzice. Dziecko nie ma wglądu w to, jak bardzo skomplikowane logistycze jest wyjście do dentysty. Dziecko może nie rozuemić, ze jak tata/mama odniesie talerz, to jednak tej mamie, temu tacie ubędzie sił. A dziecko sobie samo nie poczyta.
      Ja taki cwaniak jestem, bo ja juz mam 14-latke w domu i po prostu sobie rozstzygnęłam te dylematy.
      Umiem juz po prostu dziecku(innemu, 8-letniemu) powiedziec "Każdy robi to co umie. Ty odnosisz talerz twój i mój, ja poczytam tobie książkę".
      Rodzina to współpraca!
      Gosia (pisz jako anonimowy, bo nie wiem, jak sie ustawia inną opcję i czy mogę)

      Usuń
  10. Taktuję z szacunkiem swoje dziecko, czyli tak jakbym traktowała kogoś dorosłego w tych samych sytuacjach. Tak jakbym sama chciała być traktowana. Nie wyszydzam, nie zawstydzam, nie wyśmiewam, daję jak najwięcej uwagi. O wszystkim rozmawiam bez zbywania. Nie używam wyrażeń typu: nie wygłupiaj się, a cóż to za pomysł! W tej chwili idziesz myć zęby, bez dyskusji. Daję jej swoją uwagę na ile jestem w stanie w danej chwili. Co mnie boli w jej zachowaniu, i odbieram to jako przejaw braku szacunku? Gdy na coś się nie zgadzam, komunikując to łagodnym tonem, z reguły jest krzyk, wystawienie języka, naburmuszenie. Może to po prostu jej temperament? Zastanawia mnie, że w domu dziadków córka jest zupełnie inna, te rzeczy o które ja ciągle proszę i przypominam, dziwnym trafem robi "sama z siebie". Zasady u nas są, jak najbardziej, ale już nie stosuję ich bezwzględnie, gdyż wyczytałam u Ciebie o zgubnych skutkach żelaznej konsekwencji. Czyli kiedy jęczy że jest zmęczona i prosi abym ja za nią schowała jej buty do szafy, to robię to, ale po jakimś czasie jęczenie/zmęczenie pojawia się codziennie. Wydaje mi się, że jeśli córka zachowuje się jakby była księżniczką której zachcianki my mamy spełniać, to nie stoi za tym jakaś konkretna potrzeba, tylko lubi być w ten sposób traktowana, bo jest to wygodne i fajne. Widzę pomału w sobie taką matkę - służącą, obsługującą wszystkich w rodzinie. A kto traktuje służącą poważnie? Ale czy jedyną alternatywą jest matka - treserka u której wszyscy chodzą jak w zegarku? Pozdrawiam z mojej wewnętrznej szamotaniny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że Kafi poruszyła ten temat. Wychowanie o jakim piszesz, Moniko, bardzo do mnie trafia, bardzo chciałabym wychowywać córkę w taki sposób. Ona na razie ma dopiero rok, ale bardzo boję się, że kiedy podrośnie to będzie to wyglądało tak jak pisze Kafi. Boję się też, że rozmyje się granica pomiędzy szacunkiem dla jej potrzeb, a tzw. bezstresowym wychowaniem, gdzie dziecko nie ma szacunku dla innych. Pewnie jest to spowodowane tym, że ja dorastałam wciąż nagradzana, karana, chwalona i krytykowana i boję się, czy będę potrafiła wodpowiedni sposób przestawić się na całkowicie przeciwne wychowanie mojego dziecka. Na razie dużo czytam. I dużo myślę. I będę zadawać dużo pytań ;)

      Usuń
    2. Kafi, Agraffka, piszecie o wielu rzeczach dlatego odpowiadam w punktach, by niczego nie przeoczyć.
      1. Kiedy dzieci mówią "nie" naszej prośbie, to nie jest to zamach na nasz rodzicielski autorytet. Mówią "nie" potrzebie rodzica, by powiedzieć "tak" swojej potrzebie. Krzyk, obrażanie sie, tupanie czy pokazywnaie języka to tylko zawnętrzne bjawy tego co w środku, czyli uczuć. Warto zatrzymać się właśnie nad nim. i warto pytać i zgadywać:pokazujesz mi język ponieważ jesteś rozczarowana, wściekła, zła. I dalej: chcesz sama zdecydować, czy to o to chodzi? Dzieciom łatwiej potadzić sobie z trudnymi emocjami, gdy dorosły siè nimi zaopiekuje.
      2. Księżniczka, której zachcianki należy spełniać to też strategia:) wkurzająca rodzica ale dostępna dla dziecka. Dzieci, tak jak dorośli dążą do zaspokojenia swoich potrzeb. Sprócuj zgadnąć jakie potrzeb chce zaspokoić Twoja córka, gdy zachowuje się tak, a nie inacżej.
      3. W PbP nie ma potrzeb ważnych i ważniejszych. Potrzeby są uniwersalne. W PbP mówię "nie", kiedy myslę "nie". Tutaj nikt nie może mnie wykorzystać, tutaj nie jestem niczyją służącą bo mówię o swoich potrzebach i poszukują startegii, które wzbogacą moje życie, wzbogacając tym samym życie innych. Kiedy więc nie chcę czegoś zrobić za dziekco, to tego nie robię, a kiedy chcę - to żadna uwaga z zewnątrz tego nie zmieni.
      4. PbP to nie pajdokracja. Bezstresowne wychowanie - nie cierpię tego terminu, bo za często używa się go tam, gdzie nie ma kar i nagród - nie istnieje. W moim rozumieniu nie da się wyeliminować stresu z życia dziecka, dorosłego zresztą też. w PbP istnieją granice. Bardo jasne i czytelne. Z tym, że ja ich nie stawiam, jak muru, a pokazuję.

      Usuń
    3. Dziękuję Moniko że cierpliwie odpowiadasz na nasze wątpliwości. O granicach: piszesz że je pokazujesz ale nie stawiasz muru. Dla mnie to trochę taki komunikat "Zobacz, tak powinno się zachowywać, ale Ty możesz robić tak jak chcesz jeśli masz akurat taką ochotę". Może przejaskrawiłam, ale wydaje mi się że moje dziecko tak właśnie to odbiera. Zgadzam się w większości z Tobą, porozumienie bez przemocy jak najbardziej popieram, ale w życiu codziennym są takie sytuacje kiedy po prostu muszę zareagować inaczej. Rano wyjście z dziećmi do przedszkola, ja do pracy, wiadomo że muszę dotrzeć na jakąś godzinę więc nie mogę co 5 minut zatrzymywać się nad córką i zgadywać jakie potrzeby chce zaspokoić kiedy mówi "nie założę butów". Biegam za 2-latkiem i jemu to tłumaczę, ale od prawie 6-latki chciałabym móc wymagać że ubierze się sama bez codziennego proszenia o takie oczywiste sprawy jak założenie butów czy czapki przed wyjściem z domu. CHCIAŁABYM mieć tyle czasu żeby na każde jej "nie" siadać i rozmawiać o jej potrzebach, ale wtedy do wieczora nie wyszlibyśmy z domu, i to pewnie przez miesiąc. Ideałem byłoby móc zmienić świat zamiast "urabiać" dzieci pod istniejącą rzeczywistość, ale jakoś te dzieci trzeba przystosować do życia. Świat nie będzie co chwilę pytał nadąsanej księżniczki jakie ma potrzeby. To też moja troska i dbałość żeby ją ustrzec przed reakcjami które mogą ją skrzywdzić. Wybrała taką strategię, szanuję to i akceptuję ale też od dawna jej tłumaczę że są lepsze strategie, np. jasne komunikowanie o co nam chodzi. Setki razy przerabiałyśmy że jeśli powie otwarcie czego akurat potrzebuje zamiast czekać aż mama zgadnie,to jej potrzeba szybciej zostanie zaspokojona i wszyscy będą zadowoleni. Wielokrotnie sama była zachwycona że "tak to świetnie działa". A i tak każdego dnia trzeba tłumaczyć od nowa. Może wychowanie bez przemocy to nieustanny proces, po którym nie należy oczekiwać żadnych rezultatów, jak na przykład sprawniejszego funkcjonowania rodziny bez niepotrzebnych konfliktów? Może jedynym rezultatem jest zadowolone z siebie dziecko? Pozdrawiam

      Usuń
    4. Proszę nie zrozum mnie źle, jak najbardziej mam na względzie uczucia moich dzieci. dlatego nie stosuję przymusu, przemocy, moim "celem" nie są dzieci wytresowane, idealnie posłuszne, wykonujące natychmiast moje polecenia. Jednak jeśli daję prawo 2-latkowi który jeszcze nie mówi do wyrażania swych potrzeb poprzez płacz, jęczenie, bunt , bo inaczej nie potrafi, to chcę móc wymagać od 6-latki która mówić potrafi żeby po prostu do mnie mówiła. Czy to aż tak dużo? W przedszkolu może, w sklepie może, a w domu..?

      Usuń
    5. Kafi i znowu mam kilka myśli :)
      1. Pokazuję gdzie są moje granice i mówię: " chcę/ nie chcę; lubię/ nie lubię" . Wybrałam to zamiast "olno/nie wolno". Moja córka nie robi wystkiego na co ma ochotę, choć w naszym domu nie ma nakazów i zakazów :)
      2. PbP nie zakłada, że masz dyskutować nad każdym "nie". Zakłada natomiast,że "nie" jest tak samo mile widziane jak "tak".
      3. PbP to nie jakiś ideał, do którego zbliżąbsię nieliczni, tylko ci co sà cierpilwi, mają czas i jedno dziecko :) PbP nie jest tylko metodą
      komunikacji, ale przede wszystkim sposobem odbierania i postrzegania siebie, innych i świata.
      To sposób patrzenia przez pryzmat potrzeb, które są uniwersalne. Istotę PbP stanowi: wzajemny
      szacunek, empatia, rozpoznawanie i nazywanie uczuć, odkrywanie ukrytych za nimi potrzeb oraz
      poszukiwanie strategii wzbogacających życie.
      4. PbP to proces, który wzbogaca życie nie tylko tego, kto w tym procesie jest ale i tych, którzy są w jakikolwiek sposób powiązani z zainteresowanym :)
      5. Kafi wiesz czego dowiaduję się, gdy moja prawie 5 letnia córka, w przedszkolu wzór dla innych, wygadana i usmiechnieta zwykle u babci, zaczyna przy mnie płakać, jęczeć, "stawiać się"? Że dzieje się tak ponieważ przy mnie czuje się bezpiecznie i to co przez cały dzień dostawała w przedszkolu, na placu zabaw czy w sklepie, może wyrzucić gdy ja się pojawiam, bo wie, że ja to akceptuję. Pozwalam jej złościć się, płakać i tupać. Pozwalam jej na okazywanie wszystkich emocji, nawet tych trudnych, nie tylko dla niej ale i dla mnie lub dla otoczenia.

      Usuń
    6. "PbP to nie pajdokracja." wiem :) ale boję się, że nie będę umiała mądrze działać, rozmawiać, wspierać, gdzieś tam braknie czasu, za często wejdzie jakieś zmęczenie i ostatecznie właśnie pajdokracją się skończy. Albo przeciwnie - odesłaniem na karnego jeżyka ;) Tak jak pisałam - pewnie bierze się to stąd, że sama nie znam innego wychowania jak pełnego kar i nagród (choć w większości kar), chociaż nie uważam tego sposobu za właściwy. Ale chociaż się obawiam, to jest we mnie iskierka nadziei, że będzie dobrze. A jak wiadomo, z iskierki potrafi rozwinąć się porządny płomień :)

      Usuń
    7. Dzięki Moniko, zgadzam się w zupełności z pkt. 5, bo gdzie jeśli nie w domu dzieci mają czuć się bezpiecznie i być sobą? Też pozwalam na ujście wszystkim emocjom, tylko że u nas nie wygląda to tak, że córa np. leży i płacze, ona za każdym razem dąży do konfliktu ze mną. Moje opanowanie i spokojny ton głosu ją rozwściecza, wręcz podchodzi do mnie i ciągnie za ubranie lub uderzy, żeby tylko mnie sprowokować do wybuchu, do reakcji. Z tym mi najtrudniej, bo nawet jak CHCĘ z całych sił być wtedy z nić i przytulić to ona nie chce, chce walczyć. A po wszystkim kiedy mnie przeprasza to ja NATYCHMIAST mam wybaczyć, nie mam prawa być nawet zasmucona czy mieć smutnej miny kilka minut bo to też jej się nie podoba.
      Co do pokazywania granic, cóż, są dzieci którym faktycznie wystarczy te granice pokazać, mam taką siostrzenicę. Natomiast moja córa jest przekorna i wszelkie granice z zasady próbuje naginać i przekraczać. Tak bada świat, i nasze reakcje. Zwykle pokazywanie granic zachęca ją tylko do sprawdzenia co się stanie gdy je przekroczy, i tutaj wówczas kłania się konsekwencja, bo takiemu dziecku jeśli raz się na coś pozwala a raz nie, niezależnie od uzasadnienia, to w zasadzie już jest porażka. Ona ma w sobie taką chęć brojenia, robienia na przekór, że moje słowa że czegoś nie lubię, niewiele działają.
      Poza tym całym użalaniem ogromnie się cieszę że ma właśnie takie a nie inne usposobienie, widzę w niej przyszłego zdobywcę świata i jego najwyższych szczytów, kogoś kto się nigdy łatwo nie poddaje. To dlatego w tej codziennej szamotaninie szukam sposobów, również u Ciebie, jak postępować by nie stłamsić w niej tych wspaniałych cech a jednocześnie uzyskać w miarę satysfakcjonujące dla wszystkich zasady rodzinnego funkcjonowania.
      Pozdrawiam ciepło.

      Usuń
    8. Anonimowy11/3/13

      Kafi, napisałaś:
      Wydaje mi się, że jeśli córka zachowuje się jakby była księżniczką której zachcianki my mamy spełniać, to nie stoi za tym jakaś konkretna potrzeba, tylko lubi być w ten sposób traktowana, bo jest to wygodne i fajne. Widzę pomału w sobie taką matkę - służącą, obsługującą wszystkich w rodzinie. A kto traktuje służącą poważnie? Ale czy jedyną alternatywą jest matka - treserka u której wszyscy chodzą jak w zegarku? Pozdrawiam z mojej wewnętrznej szamotaniny.

      Są alternatywy. To po pierwsze.
      A po drugie, jeśli widzisz,z dziecko zachowuje sie jak księżniczka, to moze to tez byc wołaniem o postawienie granic. To i to robię, ale tu sie kończy. Dotąd i kropka.
      Matka NIE ma byc służąca dziecka! Matka ma uczyć, ma tez wymagać. Jaki by tu przykład. Dzicko chce cukierka przed obiadem. Mama mówi nie, dziecko się rzuca i wrzeszczy. Trudno. Moge próbować pociszyć. Jeśli się nie udaje (dziecko nie chce się przytualac) ide gotować obiad dalej, pozwalam dzeicku na samodzielny ryk.
      Są też rodzje płaczu. Jest żal ale jest też ryk wsciekłosci. Ten ostatni raczej nie toleruje pocieszania, musi wybrzmieć. I NIC nie da sie zrobić.
      Warto tez pamiętać,że złość jako uczucie i agresja jako wyrażenie tego uczucia - to dwie rózne rzeczy. Mnie sie to kiedyś pomyliło i teraz dziecko ma problem. A ja razem z nim.
      Gosia

      Usuń
  11. pięknie napisane.... uwielbiam Twoje podsumowania które porządkują to co w mojej głowie ...:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy11/12/12

    nie znałam tego terminu poczucia wartości, zanim pierwszy raz nie usłyszałam jak Agnieszka Stein o tym mówi. i musiałam ułożyć sobie to co usłyszałam w głowie, ale od tego momentu zaczęło się zmieniać moje życie. niewiele. ot o tyle, że dałam sobie prawo do wartości. do bycia wartościową. nie widać tego na zewnątrz, ale dla mnie to rewolucja. chcę wspierać poczucie wartości dzieci, ale przy tym najpierw dążę do odbudowania swojego. do postawienia fundamentu choćby.
    myślę jednak, że od dzieciństwa zależy nie, jak napisałaś, trochę, ale też nie wszystko jak dotąd sądziłam. może muszę przeprowadzić empatyczną rozmowę z moją mamą sprzed wielu wielu lat i z ta małą dziewczynką która we mnie siedzi.

    podoba mi się ten post, Moniko.

    OdpowiedzUsuń
  13. A wiecie, co mi z kolei przychodzi do głowy? Tak pięknie, Moniko, wypisałaś czynniki, które pomagają budować poczucie własnej wartości u dziecka. A ja dodam, że mogą to robić rodzice w każdym wieku, nawet ci, którzy mają już dorosłe dzieci. Wiele z tych aspektów sama bym chętnie powitała w rozmowie z moją mamą. Na zmiany chyba nie jest za późno. Tylko dlaczego tak trudno nam się zmieniać? Słuchać innych z otwartością i uwagą i wyłączyć w głowie to okropne ocenianie i pouczanie?

    OdpowiedzUsuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  15. pieknie ujete. warto o tym pamietac. tez mam malutka coreczke i zrobie wszystko by wyrosla na pewna siebie i swoich wartosci kobiete.

    OdpowiedzUsuń
  16. Całkowicie zgadzam się z tym co napisałaś... Budowanie wartości właśnie rozpoczynamy od pierwszego dnia życia; słowami, gestami, zachowaniem i wsparciem. Trzeba pamiętać, że dziecko to odrębna jednostka, która ma prawo do własnych uczuć i myśli, i zawsze ale to zawsze trzeba je szanować. My jako rodzice jesteśmy od tego by zapewnić dziecku bliskość, bezpieczeństwo, wiarę we własne możliwości i właśnie to jest moje największe marzenie, by moja córeczka wyrosła na pewną siebie, szczęśliwą dziewczynką, z pewnymi wartościami w głowie i nie bojąca się świat zdobywać:)
    Pozdrawiam cieplutko:)

    http://chwile-niezapomniane.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  17. Dawno tu nie byłam, a tyle nowości:)

    Moniko, czy naprawdę, gdyby Twoja córka w złości podniosła na Ciebie/siostrę rękę, powiedziałabyś TYLKO: "uderzyłaś mnie/siostrę, bo jesteś zła? Wygląda na to, że potrzebujesz xyz" koniec kropka!!??

    Czym innym jest zgoda na złość i zrozumienie potrzeb, a czym innym zgoda na określone zachowania! Nie zgadzasz się z biciem, obrażaniem, poniżaniem, wyzywaniem, itp. dzieci przez rodziców, a gdy dziecko pokazuje Ci język (czyli obraża!), Ty mówisz TYLKO: "pokazujesz mi język, bo jesteś rozczarowana?"

    W pełni zgadzam się z akceptowaniem uczuć innych osób, z akceptowaniem ich potrzeb, ale zupełnie nie zgadzam się z tym, że my, jako rodzice, nie możemy postawić jasnej, NIEPRZEKRACZALNEJ granicy co do pewnych zachowań!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. K jako rodzic możesz zrobić wszystko co ci się podoba. Rodzice przecież tak robia, prawda?
      Gdyby Zo mnie uderzyła powiedziałabym: nie chcę żebyś mnie biła. Podniesioną na siostrę rękę zlapałabym w locie z jasnym komunikatem: nie zgadzam się. Chcę żeby w naszym domu wszyscy byli bezpieczni. Kiedy Zo pokazuje język nie obraża mnie. Kiedy to robi jest zła, a kiedy wykrzykuje: nie lubię cię, już nigdy nic ci nie narysuję, to jest wściekla ale jej celem nie jest " dowalenie" mi.
      Masz rację. Zgoda na uczucia nie oznacza zgody na zachowanie. Ważne dla mnie jest jednak to, by mówiąc o zachowaniu dziecka dalej pozostać z nim w kontakcie, a etykiety typu:źle zrobiłaś; grzeczne dziewcznki nie pokazują języka; nie wrzeszcz tak itp. zrywają kontakt, bo dziecko by się chronić- głuchnie.

      Usuń
    2. W tym kształcie, jak powyżej reakcja jest bardziej w zgodzie także ze mną :-) Choć nie bez sceptycyzmu odnośnie do niektórych "drobiazgów". Np. faktu, że pokazywanie języka nie jest obraźliwe. Oczywiście, stoi za tym uczucie, potrzeba, które trzeba zauważyć, pomóc dziecku nazwać, zrozumieć, ale jest też aktem, który widzimy. Chcę, żeby moje dzieci w przyszłości, przeżywając trudne uczucia, wiedziały, że swoich problemów nie rozwiązuje się krzykiem, pokazywaniem środkowego palca, czy wyzywaniem innych. Chcę żeby rozumiały, że ich potrzeby czasem stoją w kolizji z potrzebami innych i nie mogą lekceważyć innych. Na przemoc fizyczną w domu się nie zgadzasz, a na (na razie niewinne, ale jednak) akty arogancji - tak... choć tu pewnie wchodzę w temat wartości, w jakich wychowujemy nasze dzieci...

      Moje pytania wynikają z tego, że jestem bardzo krytycznie nastawiona do postaw, w których wierzy się w jedynie_słuszne_teorie, być może wynika to z samej definicji teorii. Widzę szereg niespójności w tym, co piszesz (logika, po geometrii, była jednym z moich ulubionych przedmiotów ;-P). Nie pytam: co mogę robić, a czego nie jako rodzic, o to pytam tylko siebie! Chcę jedynie zrozumieć, to o czym piszesz :-)

      Niemniej jednak, po raz kolejny okazało się, że działam w zgodzie z PbP. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby odebrać "nie lubię cię", jako atak na moją osobę (czy są rodzicie, którzy tak to odbierają??!! chyba niewielu...), nie wiem co to znaczy "(nie)grzeczny", więc w naszym domu tego typu określenia nie padają, itp, itd. Ale właśnie chodziło mi tylko o to, że nie zauważyłam w Twoich wypowiedziach tego, co powyżej - niezgody na pewne zachowania. Teraz moje niepokoje zostały (prawie) zażegnane :-)

      Usuń
    3. Monika a czy możesz bardziej opisac o co Ci chodzi mówiąc "Zgoda na uczucia nie oznacza zgody na zachowanie. "? czy np. kiedy moje dziecko sie złości i ja tę złość akceptuję a nie akceptuję tego że wrzeszczy w niebogłosy i mówię że chcę żeby złościła się trochę ciszej to jest ok? proszę odpowiedz mi na mój wpis o tych zębach(kilka akapitów wyżej) bo ciekawa jestem Twojego zdania jak to wygląda normalnie.

      Usuń
    4. W tej opisanej przez Ciebie sytuacji krzyk i tupanie nogami to może być dodatkowe wzmocnienie przeżywanej złości czy frustracji. Trudno będzie się na nie nie zgodzić, bo one są w dziecku bardzo żywe, w tym konkretnym momencie. Jeśli nie chcesz brać z tym udziału powiedz: widzę jak bardzo się złościsz, widzę że jestes taka zła, że aż musisz krzyczeć. I kiedy jest Ci trudno z tym krzykiem to wyjdź z pokoju, jeśli dziecko C na to pozwoli, jeśli nie - zostań i zapytaj jak możesz mu pomóc by przestało krzyczeć, bo tobie trudno jest słuchać tego krzyku.
      Kiedy pisałam o akceptacji uczuć i braku akcetapcji dla zachowowania to miałam na myśli inne zachowania, takie które robią krzywdę dziecku lub drugiemu. Kopanie, bicie, rzucanie zabawkami itp.

      Usuń
    5. aha ok dzięki

      Usuń
  18. Anonimowy21/12/12

    Mnie zastanawia, kto dla autorki posta jest ważniejszy, mąż czy jej dziecko.

    OdpowiedzUsuń
  19. Anonimowy21/12/12

    Kto w twoim życiu jest dla ciebie bardziej ważny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma w naszym domu mniej ważnych i bardziej ważnych. Są tylko ważni.

      Usuń
  20. Anonimowy27/12/12

    Moniko, męczy mnie jedna sprawa i proszę o radę. Otóż, daję swojemu dziecku siebie i swój czas - ponieważ jestem w ciąży i siedzę w domu, spędzam z moim 22 miesięcznym synkiem dużo czasu. Zajmuję go, na ile mogę, wyłuskując z dnia czas wyłącznie na rzeczy niezbędne, czyli ugotowanie obiadu i jako takie ogarnięcie domu. I zastanawiam się, czy przez to go nie rozpieszczam? Gdy był mniejszy, czyli kilka miesięcy temu, nie umiałam odmówić mu uwagi, bo widziałam po nim, że właśnie akurat teraz potrzebuje zapewnienia mu rozrywki np. Brałam go na spacery od rana, bo widziałam, jak źle mu w domu. Ale teraz, gdy jest starszy (a mnie jest ciężej bawić się z nim tak jak lubi - został mi miesiąc do porodu), oczekiwałabym, że on umiałby się czasem zająć sam sobą. A tak nie jest. On ciąga nas (mnie, męża, dalszą rodzinę też, ale jak oni już mają dość, to wraca do nas) właściwie non stop i to najlepiej, żeby zapewniać mu zabawy ruchowe, typu podnoszenie, noszenie na barana, bieganie, chowanie się po domu itd. Jak ktoś odmawia, to zaczyna marudzić,a po chwili płakać. Z jednej strony rozumiem jego potrzebę zabawy, z drugiej nie lubię, gdy ktoś mnie tak przymusza do czegoś ciągle. Dla mnie to klasyczne wymuszanie. Z kolei on nie rozumie, że np. starszy kuzyn znudził się już zabawą i chce teraz pooglądać bajki. Syn płacze i nie chce wtedy zabawy ze mną. A mnie głupio, bo rodzice kuzyna zmuszają go do zabawy z moim dzieckiem...
    Nie wiem po prostu czy w tym dawaniu nie przesadziłam trochę. I co zrobi moje dziecko za miesiąc, po narodzinach siostry? Będzie wymuszało na mnie możliwość oglądania bajek, żeby się nie nudziło podczas wielu zajęć, jakie spadną na jego matkę. Trochę mnie to załamuje...
    A wracając do pokazywania języka - w czasie świąt byłaś świadkiem jak dziecko dostało od rodzica klapsa za ten język...
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, dziecko "rozpieszczone" to takie, które dostaje przede wszystkim to, co che, a nie to, czego potrzebuje. Dając dzieciom tego, czego potrzebują, np. uwagę, czas, nie rozpieszczamy ich. Twôj synek jest w takim momencie rozwojowym, w ktorych największą atrakcją są zabawy ruchowe. Pewnie stoi już na nogach więc bieganie, turlanie, tarmoszenie sprawia mu frajdę. Nie wykorzystuje Cię. On sie zwyczajnie chce bawić. W to co lubi i tak jak lubi. Dzieci nie manipulują swoimi rodzicami, choć Ci czasem w ten sposób myślą (pisałam kiedyś o tym). Dzieci szukają dostępnych i w swoim przekonaniu najlepszych strategii by zaspokoić potrzeby, w tym wypadku podstawową potrzebę jaką jest zabawa. Synek dostawał od Ciebie czas i uwagę przez taki długi czas, a ponieważ sprawiało mu to ogromną radość to dlaeczgo miałby sam z tego zrezygnować? Z dziećmi jest jak z dorosłymi :)
      To Ty jesteś tą osobą, która może się zatoszczyć o siebie. Syn nie może być strategią na zaspokojenie Twoich potrzeb. Dzieci nie są po to, by zaspokajać nasze potrzeby. Od tego jesteśmy my sami albo inni dorośli. Chesz odpocząć? Nie masz siły na zabawę, która wymaga od Ciebie ruchu? Chciałabyś poczytać książkę i wypić herbatę? To się da! :) Powiedz synkowi co chcesz. Nie mów proszę czego nie chcesz, tylko to, co chcesz. Dzieciom (zresztą nie tylko im) łatwiej usłyszeć komunikat wypowiedziny w języku pozytywnym. Zaproponuj mu zabawę, której będziesz obserwatorem, a może i częścią niej, leżąc na kanapie lub na podłodze. Poproś innego dorosłego by poświęcił Małemu czas i uwagę. I nie czekaj do jutra , tzn zaczekaj bo dziś pewnie Synek już śpi :), zatroszcz się o siebie i o chłopca robiąc myśląc nie tylko o jego ale i o swoich potrzebach z
      dwóch powodów:1. Poród, 2. Nowe dziecko w domu. Łatwiej będzie Wam obojgu gdy wrócisz do domu ze szpitala.

      Usuń
  21. Anonimowy28/12/12

    Moniko,
    w temacie kar i nagrod - prosze o komentarz.
    Mam corke w 1 klasie liceum. Od poczatku gimnazjum obserwuje coraz gorsze wyniki w nauce, problemy z zachowaniem. Zabawa, kontakt, przynaleznosc do grupy to potrzeby przez nia zaspokajane priorytetowo. Rozmawiamy. Czesto i blisko. Sluchamy sie. Ona moich oczekiwan z lekka zwiazanych z troska o jej przyszlosc, ja - jej marzen i checi na tu i teraz. Niektore rozmowy bywaja z gatunku bardzo powaznych - np. o narkotykach w jej otoczeniu, o wplywie osoby ktora przebywala w osrodku dla mlodocianych... a obecnie dolaczyla do klasy mojej corki w "normalnym" LO. Przy okazji zblizajacego sie semestru przyjrzalam sie ocenom corki - malo satysfakcjonujace - zarowno mnie, jak i przyznala - ja tez.
    Corka od 6 lat jezdzi na zimowe ferie na deske w gory. Odpoczynek od nauki i jej pasja. Zdecydowalam ze w tym roku nie pojedzie. Zdecydowalam ze wzgledu na oceny, niepokoj o swiat wartosci ktory wg mnie ma pomieszany i nie wiem jak i co zechce "zrealizowac" na wyjezdzie. Przyjela te decyzje z rozzaleniem, choc tez zrozumieniem (naprawde!). Dodatkowo powiedzialam jej, ze w tym roku moje finanse sa dosc skromne i wyjazd oznaczalby staniecie na rzesach, by cos uzbierac. A nie chce stawac dla niej na rzesach, by ona zowu cos dostala. To wazne, bo dlugo tez rozmawialysmy o tym, ze minely Swieta, a nie pomyslala, by cos drobnego kupic - chocby malemu bratu, a ma comiesieczne kieszonkowe. Jest na etapie brac, zapomina dawac. A ja glosno nie zgadzam sie na brak rownowagi w tej kwestii. Po rozmowie o rownowadze - tez we wspolodpowiedzialnosci za porzadek w domu, we wzajemnym codziennym wsparciu - pojawilo sie w niej glebokie poczucie winy. Nie to bylo moja intecja. Chcialam byc uslyszana - byc moze pierwszy raz wyraznie i bezdyskusyjnie, gdzie stawiam granice. Bralam pod uwage jej punkt widzenia, rozmowa trwala 4 godziny.
    I teraz... sama sie zastanawiam, czy brak wyjazdu na ferie to kara? Bo ja to widze w ramach elastycznego podejscia do zycia. Bywa ze zmieniam zdanie dotyczace kwestii jej wieczornych wyjsc, nocowan u kolezanek - w zaleznosci od argumentow, ktore przedstawi, zaufania ktore mam. Tak tez tu - widze moja decyzje jako konsekwencje obserwacji kilkuletniej. Corka ma duza autonomie, ma tez moje wsparcie i zainteresowanie. Licze na jej samodyscypline, autorefleksje. Nie zamierzam zakladac smyczy -to nie moja metoda. Skoro jednak uwaznie obserwuje, czesto rozmawiam - to w konsekwencji podejmuje decyzje podsumowujaca. Mimo ze nie jest ona naturalna, pojawila sie bez uprzedzenia - widze ja jako konsekwencje. I co ciekawe, corka chyba tez tak to widzi... Choc to moze troche terapia wstrzasowa?..
    A Ty? Jak to widzisz? Bardzo jestem ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam mieszane uczucia więc głównie będę stawiać pytania dając Ci przestrzeń na spotkanie się z sobą samą. Przynajmniej spróbuję. Piszesz, że w tym roku nie pojedzie na deskę z dwóch powodów: oceny i mniejsze finanse. Który powód jest pierwszy? Kiedy pojechałaby na ferie? Gdyby miała lepsze oceny, a Ty taką samą ilość piniędzy jak w tej chwili czy gdyby oceny się nie zmieniły ale po świętach wciąż sytuacja finansowa byłaby satysfakcjonująca? Niezgoda na wyjazd to nie jest konsekwencja naturalna, a czy logiczna? Masz w domu nastolatkę, z która spędzasz czas, rozmawiasz, wspólnie poszukujecie najlepszego dla Was wyjścia z problemów? Jesteście blisko. Chcesz być z nią w bliskim kontakcie. Piszesz, że chcesz być usłyszana i że chcesz słyszeć córkę. ? Ona Cię zna nie od wczoraj. Pewnie i jej intencją jest usłyszeć Cię. Jak myślisz co Ona słyszy kiedy mówisz o jej ocenach, o braku zaangażowania w sprawy domowe, o feriach w domu? Słyszy Twoje potrzeby? Słyszy uczucia? Jakie intencje Ci przypisuje?

      Poczucie winy pojawi się wtedy, gdy skupiamy się nie na swoich uczuciach i potrzebach ale na tym, co inny lub co my sami o sobie myślimy. Jeśli myślę, że jestem leniwa i jestem bałaganiarą to łatwiej o poczucie winy niż wówczas gdy odkrywam, że mam potrzebę porządku i że ta moja potrzeba jest niezapokojona, ponieważ nie znam sposobu na efektywne wykorzystanie czasu jaki mam między przyjściem z pracy, a pójściem spać. Kiedy myślę o sobie w ten drugi sposób to mam szansę na znalezienie strategii, która zaspokoi ową potrzebę porządku. Jeśli słyszę, że jestem nieudolną wychowawczo matką, bo moje dziecko krzyczy w miejscach publicznych albo mnie uderza kiedy jest zdenerowane to mam poczucie winy, a przecież ja potrzebuję akceptacji dla mnie jako mamy, potrzebuję wsparcia w wychowywaniu dziecka, poczucia że mimo popełnianych błędów jestem kompetentna. Czy nie łatwiej wówczas o znalezienie strategii, która te potrzeby zaspokoi?
      Porozmawiaj z córką o tym skąd pochodzi jej poczucie winy.

      Usuń
  22. Anonimowy29/12/12

    dziekuje za obie czesci komentarza. Zobaczylam konsekwencje logiczne. To potwierdzilo moj punkt widzenia sprawy. Choc w opisie nie uzylam uczuc i potrzeb - w rozmowie z corka tak. Takze jej potrzeby i uczucia emaptycznie zgadywalam. Stad - mysle - jej zrozumienie dla mojej decyzji, ktorym nadal jestem zaskoczona. Bo ona tez mnie sluchala od lat, zna mnie i ... oczekuje reakcji logicznych.
    A gdy mysle o jej poczuciu winy - widze to jako bezsilnosc. I potrzebe zrozumienia, ze nie jest latwo sangwinikowi ogarnac rzeczywistosc w wieku 16 lat :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Bardzo mądry wpis. Oczywiście pewność/brak pewności siebie to nie tylko mama i tata, to co zrobili, to także charakter. Są różne rodzaje nieśmiałości, różne przyczyny kompleksów tzn. brak pewności siebie i kompleksy nie zawsze wynikają z błędów rodziców. Czasem po prostu tak bywa i trzeba się z nimi pogodzić. :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Witaj Monika, poszukuję książek, które mówią o wpływie etykietowania na dzieci. również tego "pozytywnego". Czy na szybko przychodzi Ci coś do głowy? Z pozdrowieniami, okruszyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oliwka4/1/13

      Gdy czytalam Twoja prosbe, wlasnie wrocil moj maz z synkiem od dentysty. Maz powiedzial, ze to byla duza dziurka, leczenie bolalo, ale Karol byl bardzo dzielny. Na co Karol z placzem - "Wcale nie bylem dzielny! Przestan tak mowic." Etykietka nie odczarowala rzeczywistosci bolu. Synek chcial szczerosci - placze, bo cierpi. Nie ma co udawac ze to bohaterstwo. Chcial byc uczciwy w tym, co przezywa.
      Dziele sie z Toba tym przykladem :)

      Usuń
    2. Na szybko nic mi nie przyszło do głowy. Poszukam. Jeśli znajdę to dam znać.
      Nie przestają mnie zachwycać dzieci, bo są bardzo blisko swoich uczuć i potrzeb.

      Usuń
  25. Odpowiedzi
    1. Autorka: przyjaciółka mag ale córki moje i eM :)

      Usuń
  26. Zapraszam do nowego konkursu organizowanego przez sklep internetowy dla dzieci i niemowląt naszkoliberek

    http://blog.naszkoliberek.pl/konkurs-swieta-i-po-swietach/

    Do wygrania bodziak dla dziecka.

    Serdecznie zapraszam

    OdpowiedzUsuń
  27. Anonimowy10/1/13

    Nie czytam blogow zwiazanych z macierzynstwem, na Twoj trafilam zupelnie przypadkowo.
    Siedze w pracy i czytam ta notke, i walcze ze lzami.
    Jako osoba dorosla, corka dwojga nauczycieli (sic!), jestem zywym przykladem na to jak cholernie mozna skrzywdzic dziecko, oczywiscie bez takiego zamiaru, nie stosujac regul o ktorych napisalas.
    Mnie nikt nigdy nie sluchal, nie bral na powaznie tego co mowie, moje potrzeby nigdy nie byly wazne (najwazniejszy byl pelny brzuch, ubrania, oceny w szkole),nikt nie szanowal moich smiesznych planow, marzen, nikogo one nie interesowaly ani nie byly wazne. O zaufaniu, bezpiecznej wiezi, i dbania o cialo nawet nie bede wspominac.
    I jezeli moge sie tu uzewnetrznic to powiem, ze nigdy nie bylam szczesliwa. Ani jako dziecko, ani jako nastolatka, i przez lata jako dorosla kobieta. DO tej pory mam kupe problemow, z ktorymi na codzien walcze. Zaleczona, odstawiona w kat depresja, zenujaco niskie poczucie wlasnej wartosci i niechec do wlasnego odbicia w lustrze. I najgorsze, potwierdzenie przez terapeute, ze neistety wiekszosc moich problemow bierze sie z dziecinstwa, dorastania, i bledow ktore popelnili ( i dalej poleniaja) moi rodzice.

    Twoje corki sa szczesciarami, a Ty bardzo madra kobieta.

    Tyle tylko chcialam,
    serdecznie pozdrawiam

    Tarsis

    OdpowiedzUsuń
  28. Anonimowy10/1/13

    Moje nie sklasyfikowane rodzicielstwo, bez wzorców, bez supernianiowych recept na wszystko refleksyjne, intuicyjne i empatyczne zostało właśnie postawione przed znakiem zapytania pod drogowskazem "słuszność". Pani Moniko zaobserwowałam u mojej 7 letniej córki zachowanie, którego nie potrafię zrozumieć. Od pewnego czasu moje dziecko domaga się kar i nagród, decydowania za nią. Czy to potrzeba podporządkowania? Przeciążenie nadmierną ilością podejmowanych wyborów, zbyt dużą swobodą, przytłoczenie naturalnymi konsekwencjami i strachem? Z czego ona może wynikać?

    Jest w drugiej klasie, nadmiar obowiązków, ogrom zadawanych prac, tempo wprowadzania nowych zagadnień, pisanie dyktand, grafik rozliczający czytanie przez dziecko w domu, prace domowe wymagające pisania opowiadań co dla tej małej niewprawnej rączki zajmują mnóstwo czasu a oceniane są stopniami. Nakłada zarówno na dziecko jak i rodziców cały system obowiązków. To trochę przerasta moje dziecko i przyznam, że mnie także. Bywa, że mała ciągle o czymś zapomina a i ja nie sprawdziłam, czy nie pomyślałam o sprawdzeniu czy dopilnowaniu. Może to manifest o potrzebie motywacji- Poprosiła ostatnio o tablicę z naklejkami za wywiązywanie się z obowiązków, na końcu której czeka nagroda, którą sama wybierze a karą ma być opóźnienie w postaci odbierania naklejki. Nie wiem czy to pomysł jakiejś koleżanki, której rodzice stosują taki system, czy gdzieś w telewizji zobaczyła, nie odpowiada na to pytanie, tylko kontynuuje temat uzgodnienia czy tak mogłoby być. Powiedziałam jej, że jeśli tego potrzebuje możemy spróbować ale starałam się wytłumaczyć, że w nauce nie są ważne ani stopnie ani nagrody a przyjemność i motywację powinno się czerpać z pracy, choć przyznam, że sama mam wątpliwości. Oczywiście nie w moim świecie idealnym ale w tym prawdziwym, gdzie odpuszczenie i pozwolenie decydować dziecku czy ma szkolne obowiązki wykonywać czy nie, nie wróży nic dobrego: co najwyżej zaniedbanie, które trudno będzie nadrobić.

    Podejście szkół do tak małych dzieci to zupełnie odrębny temat. Gdybym wiedziała, że tak szybko szkoła spróbuje wciągnąć nas machinę systemu to nie odbierałabym córce tego jeszcze jednego roku. Ale nie wiedziałam. I wydaje się, że jestem wyjątkiem, który wciąż się dziwi i kompletnie nie znajduje poparcia na szkolnych zebraniach ani wśród rodziców ani nauczycieli. Czy tylko dla mnie nie jest normalne oczekiwanie, że dziecko po chorobie wróci przygotowane, z odrobioną pracą domową, przepisanymi zeszytami z całego tygodnia? Przecież choroba to stan, w którym nie tylko człowiek nie może wychodzić z domu ale najczęściej źle się czuje miewa gorączkę, wymioty, biegunkę, kaszle, smarka czy jest słaby! I w tym stanie ma zrobić wszystko co robiły dzieci w szkole przez cały dzień? Nie wspomnę już o logistyce, gdy rodzic próbuje pozyskać zeszyty, pokserować i oddać (do szkoły dowożę i nie mamy po sąsiedzku kolegów z klasy). Albo zadawanie lektur na wakacje a teraz na zbliżające się ferie dzieci dostały zadanie cyt.: " W 16-kartkowym zeszycie napisz książkę"...

    Rozpisałam się, chciałam zapytać o te "kary i nagrody" tylko a w sumie opisując kontek poniekąd sama sobie odpowiedziałam. Tak upatruję to w szkole bo czuję się bezradna w dialogu z nauczycielką w dodatku bez poparcia innych rodziców. Nauczycielka na ogół wykorzystuje moje dziecko przeciwko mnie w tej dyskusji twierdząc, że ona nadąża i świetnie sobie radzi. A ja tylko mówię, że mi się to nie podoba i jak uznaję, że coś ją przerasta to pozwalam tego nie robić. Tylko moje dziecko staje się zdezorientowane i jednocześnie chce spełniać oczekiwania Pani i chce bym ją w tym wspierała?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różne mogą być powody domagana się przez Twoją córkę nagród. Nie znam Was więc napiszę to, co mi przyszło do głowy, a Ty sprawdź to u siebie.
      1. Dzieci (ludzie wogóle) chcą otrzymywać uznanie. Chcą wiedzieć, że ich działania są ważne i wartościowe.
      2. Brak poczucia wartości każe ludziom ( w przypadku dzieci to raczej rzadko się zdaża) pytać: czy ja jestem ważny? Czy to co robię jest dobre?
      3. Potrzeba uwagi. Kiedy istnieje w domu np. Tablica motywacyjna rodzi staje się uważniejszy, bo nagradzanie dziecka jest związane z dostrzeganiem te, co dobrego ono zrobiło. W przypadku stosowania kar jest podobnie.
      4. Szkoła zrobiła swoje. Szkolny system motywowania sprawdza się, więc dlaczeo nie przeieść go do domu. Może być też tak, że dziecko nie jest nagradzane w szkole, a inne dzieci i tak i czuje się skrxywdzone więc potrzebuje miejsca, gdzie będzie nagradzane.

      Usuń
    2. I nie jesteś jedynym rodzicem, ktôremu przeszkadza, że szkoła zamiast wspierać dzieci w ich rozowju, realizuje program. Myślę, że i w Twojej klasie możesz nie być sama. Dlaczego inni milczą? Z wielu powodów, choć jeden w rozmowach z rodzicami powtarza się jak stara płyta- i tak nic to nie zmieni więc po co mówić, jeszcze zaszkodzę tym dziecku.

      Usuń
    3. Anonimowy13/1/13

      Dziękuję za odpowiedź.
      Odnośnie uwagi to i owszem, jej nigdy za wiele... Nawet w przypadku rodziców oferujących jej bardzo dużo czy nawet zbyt dużo, najczęściej ta uwaga jest albo nie taka jakiej dziecko oczekuje lub nie w tym momencie, w którym potrzebuje. Z moją córką często zachowujemy się jak bajkowy żuraw i czapla. Gotuję obiad a ona wpada i prosi mamo pobaw się ze mną. Na co ja, że nie mogę w tej chwili ale jak zjemy bardzo chętnie. Po obiedzie proponuję jej zabawę a ona na to, że może później bo teraz jest zajęta. Więc ja idę po książkę, rozkładam się w wannie, zatapiam w lekturze, nie mija pięć minut gdy ona wpada i zasypuje mnie lawiną pytać, a co czytasz, a o czym to, a dlaczego czytasz w wannie, a mogę Ci pokazać jakie wymyśliłyśmy z koleżankami nowe powitanie, a chcesz posłuchać jak było na angielskim, a mogę Ci zaśpiewać nową piosenkę itd. :)

      Odnośnie szkoły to miejsce gdzie dziecko styka się z realiami, gdzie trzeba rywalizować o uwagę, uznanie, docenienie, gdzie jest grupa, dzieci różnych rodziców są to rzeczy na, które nie mam wpływu choć trudno mi przemilczeć jeśli się głęboko z nimi nie zgadzam. Ale wiąże się to z niespójnością pomiędzy tym co moje dziecko słyszy czy odbiera w domu a tym co słyszy czy widzi w szkole.

      Pozdr Justyna

      Usuń
    4. Justyna, dzieci bardzo szybko zobaczą tę niespójność i wybiorą to, co daje im więcej radości :) A w szkole będą robić swoje i szybko do domu..., bo tak...

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...