Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klaps. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klaps. Pokaż wszystkie posty

9.7.13

Droga donikąd

     Dawno nie widziałam dorosłego uderzającego dziecko. Dawno nie słyszałam zwolennika klapsów. Naprawdę bardzo dawno. Może idzie ku dobremu? Klaps to droga donikąd. Pisałam o tym nie jeden raz. 
    Niestety tego samego nie mogę napisać o innych karach. Karach nie fizycznych. Zwolenników tych kar wciąż, w moim odczuciu, za dużo. Ostatnio ktoś przekonywał mnie, że kary są potrzebne, bo dają dzieciom jasny komunikat co jest ok, a co nie. Ktoś inny z kolei napisał, że kara nie jest problemem, że to tylko sposób na rozwiązanie problemu. A jeszcze ktoś przypisuje tym, czyli mi także, którzy nie stosują kar, że propagujemy bezstresowe wychowanie. Smutno mi. 
 

Polecam wywiad z Alice Miller i jej książki.


5.6.13

Karać czy nie karać?

     Nie karać. Pisałam o tym wielokrotnie, np. tutaj i tutaj. 

    Dla mnie nie ma takiej sytuacji, w której kara byłaby uzasadniona. Potrzebna. Nie ma takiej kary, która by nie krzywdziła dziecka. Nie naruszała jego integralności. Kara to kara. Nie przestanie nią być tylko dlatego, że użyjemy słowa "konsekwencja".
      W słowniku PWN znajduję taką definicję kary: 
  1. środek wychowawczy stosowany wobec osoby, która zrobiła coś złego
  2. środek represyjny względem osób, które popełniły przestępstwo 
     Czy to przypadek, że karą określa się "środek wychowawczy" i "środek represyjny"? Czy te dwa określenia nie mają wspólnego mianownika? 

     Trudno mi przyjąć do wiadomości, że karząc dzieci działamy dla ich dobra. Trudno pojąć, że to, co boli (fizycznie lub psychicznie) może dla dziecka być "doskonałą nauką odpowiedzialności i samodyscypliny". Trudno mi zrozumieć dlaczego wychowanie bez kar nazywane jest "bezstresowe", a wychowanie z karami jest po prostu "wychowaniem". Logika mi podpowiada, że powinno być nazwane "stresowym".
      Bez kar da się. W relacji z dzieckiem nie chodzi przecież o posłuszeństwo, a o współpracę i porozumienie się. O budowanie silnej więzi opartej na zaufaniu, akceptacji i bezpieczeństwie. Bycie rodzicem nie polega przecież na wydawaniu poleceń i egzekwowaniu ich. Prawda? 





     
      





16.3.12

Bez przemocy wg. Rosenberga

Pewnie już to widziałyście:


         Zawsze kiedy spotykam się z takimi akcjami łatwiej mi się oddycha, bo płuca oprócz tlenu wypełnia nadzieja... że można, że się uda, że warto, że na marne nie pójdzie. Ta Fundacja robi wiele wartościowych rzeczy, a to jedna z nich. W przystępny sposób opowiada o rodzicielskiej złości, która wcale nie musi mieć swojego finału na dziecięcej pupie.
            Obejrzałam film i pomyślałam, że choć naprawdę fajny, to jednak niewystarczający dla mojego nvc'owskiego podejścia. Tym wszystkim z Was, którym bliska jest idea Rosenberga chciałabym zaproponować alternatywne strategie. Nie szukam dziury w całym...słowo zucha :) Szukam ducha nvc :) Obejrzyjcie ten film jeszcze raz, etapami (od rady do rady), czytając w międzyczasie mój komentarz.


Jak radzić sobie z trudnymi zachowaniami dziecka?
1. Przypomnij zasady. 
W nvc pierwszy krok to nawiązanie kontaktu z dzieckiem, czyli skupienie się na jego uczuciach i ukrytych za nimi potrzebach. Jeśli nie istnieje kontakt Maluch nas nie usłyszy. Być może będzie słyszał wypowiadane słowa, ale głuchy pozostanie na to, o co nam chodzi, dopóki my nie usłyszymy, o co jemu chodzi. Posiadanie kolejnej zabawki to nie potrzeba, a strategia. Kiedy odgadniemy potrzebę ukrytą za tą strategią, będziemy w kontakcie. 
Czas na zasady. No cóż...tych nie lubię wyjątkowo. W zasadach, które mają obowiązywać dzieci, jest pewna pułapka. Zasady ustalają bowiem dorośli dla dzieci. Nawet jeśli czynimy to razem z dzieckiem, nawet jeśli uzyskujemy akceptację dziecka dla jakiejś zasady, to nie czarujmy się - to jest nasza, dorosłych, zasada. Dzieci "akceptują" zasadę w chwili, gdy ją ustalamy (bo jakie mają wyjście? Walkę z nami i z naszymi zasadami!) ale w sklepie, gdy dookoła tyle kolorów, kształtów, faktur już jej nie pamiętają, a to oznacza, że zasada nie obowiązuje. Nie obowiązuje, bo nie jest dziecka, tylko dla dziecka.

2. Nazwij uczucia swoje i dziecka.  
OK dla uczuć, nie OK dla zdania "złoszczę się, gdy tak długo się szykujesz, bo przez to spóźnię się do pracy". Widzicie tę samą zależność, co ja? "Przez Ciebie spóźnię się do pracy" - to słyszy dziecko. Małym dzieciom warto zaoszczędzić informacji o naszych trudnych emocjach. Dzieci bowiem myślą, że to one są źródłem złości, gniewu, frustracji rodzica. Mama jest zła, bo ja jestem taki jaki jestem, gdybym był inny mama byłaby wesoła. Rodzic jest tym Dużym, który sam lub przy pomocy innego Dużego ma radzić sobie z trudnymi emocjami. Duży ma chronić Małego, a nie przerzucać na niego odpowiedzialność za swoje uczucia. 
Jest jeszcze coś. Uczucia nie biorą się z zachowania drugiego, ale z niezaspokojonych potrzeb. Drugi człowiek, niezależnie od wieku i wzrostu, nie jest odpowiedzialny za to, co czuję. Jego zachowanie może jedynie uzmysłowić mi, czego tak bardzo potrzebuję, że się wściekam.

3. Uprzedź o konsekwencjach.
No cóż. Mam świadomość kontrowersji tego, co za chwilę przeczytacie. Przyjmuję do wiadomości tylko konsekwencje naturalne. Nie wezmę parasola, to zmoknę. Konsekwencje logiczne często bywają karami, bo nie biorą pod uwagę potrzeb dziecka. Nie pytają go "czego chcesz". Stawiają jedynie wymagania. 
Kiedy Zo  wybiega na ulicę, łapię ją (siła ochronna). Kiedy popycha koleżankę mówię "nie podoba mi się...". Kiedy ociąga się przed porannym wyjściem do przedszkola mówię "chcę" (język osobisty). Według mnie to lepsze od zapowiadania i wyciągania konsekwencji. 
Agnieszka Stein napisała artykuł o konsekwencji i niekonsekwencji w wychowaniu. Polecam.

4. Doceniaj pozytywne zachowania.
Dla mnie pachnie to nagrodą i karą, a tymczasem w nvc nie chodzi o nagrody i kary, a o dostrzeganie uczuć, potrzeb i strategii, czyli o szanowanie dziecka. 

Co Wy na to?

7.3.12

Bez przemocy

       Miałam nie pisać o klapsach. Wielu już napisało i wydawało mi się, tzn. w dalszym ciągu wydaje mi się, że nic nowego nie powiem. Miałam nie pisać ale... życie pisze swoje scenariusze i czasem trudno przejść obok nich obojętnie.

Miejsce akcji: Osiedle, jakich wiele.
Czas: Kilka minut przed 15.00.
Bohaterowie: 
On - poddający się sile grawitacji, nie taka znowu patologia.
Ona - mama szukająca kluczyków do samochodu w torebce bez dna.
Chłopiec - lat chyba 3.
Ja - mimowolny obserwator. 

Scena 1: 
Ona: Stój w miejscu. Nie podskakuj. Nie widzisz, że nie mogę znaleźć tych cholernych kluczyków.
Gdzie one są (sama do siebie). Głuchy jesteś. Nie ruszaj się (to już do Chłopca). Ile razy mam ci powtarzać.
Chłopiec zastyga w ruchu.
Ona (wygrzebawszy kluczyki): No rusz się, co tak stoisz. Wsiadaj do samochodu. 
Chłopiec w podskokach zmierza do tylnych drzwi. 
Ona wymierzając mu klapsa: Dość tego. Ja nie wiem dlaczego jesteś taki nieznośny. Dlaczego musisz być taki złośliwy.
Kiedy mały gramolił się na tylne siedzenie oberwał jeszcze raz. 
Scena 2:  
On: No i co go Pani bije?
Ona "udaje", że nie słyszy.
On: Nie dość, że jest Pani głupia, to jeszcze głucha. 
Ona (mierząc go wzrokiem): Nie Pana sprawa. 
On: Moja. 
Opadła mi szczęka i z mimowolnego obserwatora stałam się obserwatorem świadomym, choć pewnie niektórzy nazywaliby mnie raczej gapiem :) 
On (kontynuując): Niech go Pani bije dalej, to skończy jak ja. 
Ona bez słowa wsiadał do samochodu ale nie przekręca kluczyka. Samochód nie odjeżdża. Odszedł za to On, a Ja wciąż stałam jak wmurowana. 
Scena 3:
Ruszyłam i ryczę. Mam nadzieję, że Ona też. Wiem, że Ona też.


        Można bez przemocy. Nawet gdy się ofiarą przemocy było. Tylko jakie są tego koszty?




           Słyszę, że istnieje społeczne przyzwolenie na klapsy. Widzę, że dziecięce potrzeby traktowane są jak kaprysy. Czytam, że dzieciom trzeba stawiać granice, bo inaczej... Nie zgadzam się. To przecież wiecie. 
      Jest jeszcze coś, co być może będzie dla Was odkrywcze. Dla mnie było. "Z psychologicznego punktu widzenia powtarzające się kary cielesne niszczą naturalne mechanizmy adaptacji do sytuacji niebezpiecznych, którymi są ucieczka lub ochrona samego siebie, albowiem przed razami rodziców nie można ani uciec, ani się uchronić. Jeśli będzie musiało nagle stawić czoło jakiejś niebezpiecznej sytuacji, dziecko może znaleźć się w stanie zahamowania i odrętwienia, który spowoduje, że nie będzie mogło skutecznie się chronić" (Claude Didierjean-Jouveau "Rodzicielstwo bez przemocy")
  

25.10.11

Nie karz mnie

            O tym, że karząc dzieci  rodzice stosują siłę i przewagę, chyba nikogo przekonywać nie muszę. Zdarzają się jednak w moim otoczeniu rodzice, którzy przekonują mnie (zazdroszczę im determinacji), że czasem można, a nawet trzeba ukarać dziecko, że czasem kara jest ok. Kiedy jest ok?
           Zdaniem niektórych, czyli nie wszystkich, kara jest "sprawiedliwa", gdy jest dostosowana do wieku dziecka, adekwatna do przewinienia i wymierzona z uwzględnieniem wrażliwości dziecka. Czujecie tę dość pokrętną argumentację? Tych "gruboskórnych" sadza się więc na karnym jeżyku, a wrażliwcom serwuje się upomnienie lub smutną minę mamy.
           Pozostanę przy swoim - kara krzywdzi Małego Człowieka i dlatego nie ma takich okoliczności, w których zgodziłabym się na ukaranie dziecka. Karząc nadużywamy władzy. A dokąd nadużywana władza prowadziła w przeszłości, wszyscy wiemy.

       
           Dla mających wątpliwości przytoczę argumentację mojej córki. Wracając z przedszkola rozmawiałyśmy o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. Zo opowiedziała mi (po raz kolejny) o tym, że Kuba zabiera dzieciom zabawki, że bije Wiktora, że nie słucha Pani, że w czasie obiadu siedzi sam przy stoliku ponieważ pluje jedzeniem. Powiedziała też, że Pani dzisiaj była bardzo zdenerwowana i powiedziała do Kuby, że jeśli będzie taki niegrzeczny, to w końcu wyrzuci go z sali (czyli ukarze go).  Zo zauważywszy, że wtedy Kuba będzie jeszcze bardziej zły, zapytała mnie: "Czy Pani nie może przytulić Kuby, tak jak Ty mnie przytulasz, kiedy jestem zła?".

          Czy nie możemy przytulać dzieci, kiedy jest im trudno, zamiast wierzyć, że karząc zmienimy ich zachowanie?  Dzieci nie robią nam na złość, nie podejmują działań by nas denerwować, wkurzać, by krzywdzić innych. Jeśli dzieci robią coś, co przykleja im łatkę "niegrzeczny", "złośliwy", "nieposłuszny", "krnąbrny" , to dzieje się tak, ponieważ czują się skrzywdzone, niezrozumiane, niezauważone czy nieakceptowane. Robią tak, ponieważ nie potrafią inaczej powiedzieć nam dorosłym: "hej, tutaj jestem", "zauważ mnie", "chcę, żebyś się o mnie zatroszczył".  Za każdym "niegrzecznym" zachowaniem dziecka stoi jakaś konkretna potrzeba, zwykle niezaspokojona potrzeba, która w ten sposób o sobie przypomina.
           Istota wychowania według NVC nie polega na tym, aby stłamsić, wytłumić, zmusić do posłuszeństwa Małego Człowieka. Istota NVC leży w zaufaniu do Dziecka i wspieraniu go, zawsze.

26.7.11

Bite dzieci widzą świat inaczej

          Dzisiaj razem z Zo byłyśmy świadkami klapsa wymierzonego radośnie brykającemu 4 latkowi. Autor klapsa: mama. Miejsce: Smyk (o ironio). Reakcja widowni: Zo rozpłakała się razem z chłopcem, a ja przypomniałam sobie o kampanii "Dzieciństwo bez przemocy", w ramach której powstały takie spoty telewizyjne:


         
    Pamiętacie je?
   
   W Polsce prawo zabrania bić dzieci (nareszcie). Jeden klaps = bicie dziecka.  Warto o tym wciąż przypominać. Warto reagować.

24.7.11

Bicie jest głupie

        Dzieci nie będą zachowywać się lepiej, gdy poczują się gorzej. 

        Co jakiś czas na na ulicy, w sklepie, kościele, na placu zabaw widzę dorosłego (mamę, tatę, babcię, a nawet opiekunkę), który szturcha, popycha, ciągnie dziecko, wymierza mu klapsa, czasem dwa, trzy. Co jakiś czas słyszę: "uważaj, tobie się wreszcie uzbiera", "jak ściągnę pasek to mnie lepiej zrozumiesz", "gdyby dostał raz czy dwa, to dziś nie miałbym z nim takich problemów". 
       Temat klapsa wraca jak bumerang zawsze wtedy, gdy dzieci robią, zdaniem dorosłych, coś "złego".
Wczoraj Zo powiedziała do Pewnej Dorosłej: "nie będę cię słuchać, nie lubię cię". Dorosła wysyczała do mnie: "gdyby to była moja córka, to dostałaby w dupę". Nie udało mi się Dorosłej udzielić empatii. Nie udało się dotrzeć do potrzeb, które ukryły się za tym zdaniem. Udało mi się jednak nie wściec, bo przypomniałam sobie, że "ludzie nie są złe, ino gupie". Podobnie jak bicie.


Bicie jest głupie, bo:
  • jest atakiem na godność dziecka - a przecież każdy człowiek, w tym dziecko, ma prawo do poszanowania jego godności i integralności
  • zaburza rozwój dziecka – bicie przez najbliższe osoby odbiera dziecku odwagę życiową i sprawia, że dziecko staje się osobą niepewną, o niskim poczuciu własnej wartości
  • utrudnia myślenie – bicie budzi lęk, który zaburza myślenie i zapamiętywanie, nie uczy dziecka jak zachować się poprawnie, za to wywołuje lęk i przerażenie, obawę przed kolejnymi razami
  • uczy przemocy – bite dziecko uczy się, że „silniejszy ma zawsze rację”, „silniejszy ma prawo bić słabszego”, a „problemy zamiast rozumem łatwiej rozwiązać siłą”
  • niszczy relacje – gdy dziecko boi się rodzica, nie zwróci się do niego o pomoc w trudnych sytuacjach, skorzysta z rad niedoświadczonych rówieśników lub będzie szukać ucieczki od problemu np. w narkotykach lub alkoholu
  • niszczy autorytet rodzica – dziecko z czasem zorientuje się, że bijemy, gdyż nie umiemy poradzić sobie z własną złością – i przestanie szanować rodzica
  • uczy że lepiej jest kłamać – gdy dziecko popełni błąd lub zrobi coś złego, z lęku przed biciem będzie kłamało, na przykład zrzuci winę na młodszego brata.
  • klapsy stają się coraz mocniejsze – bite dziecko przyzwyczaja się do klapsów i czasem wręcz udaje, że klaps nie boli („To wcale  nie bolało!”). Aby uzyskać ten sam efekt rodzic nieświadomie może bić coraz mocniej i spowodować uszkodzenie ciała dziecka
  • może prowadzić do urazów fizycznych takich jak na przykład siniaki, krwiaki podtwardówkowe, uszkodzenia nerwów, zespół dziecka potrząsanego
  • przekazuje nielogiczną argumentację – „biję cię dla twojego dobra”, „biję cię, bo uderzyłeś swoja siostrę”
  • przyczynia się do zwiększenia ilości zachowań agresywnych u dziecka – im częściej dziecko jest bite tym częściej ono samo bije inne dzieci oraz rodzeństwo
  • jest to udawanie, że klaps ma funkcję edukacyjną – podczas gdy zazwyczaj jest po prostu wyładowaniem złości, frustracji i poczucia niemocy rodzica
  • jest to przekazywanie przemocy z pokolenia na pokolenie - nie wszyscy, którzy byli bici, sami biją. Lecz wszyscy, którzy biją swoje dzieci, byli bici w dzieciństwie
  • prowokuje poczucie złości i chęć zemsty, które pozostaje w dziecku
  • ...   
Źródło: Bicie jest głupie



      Nazwijmy rzeczy po imieniu (a zmienią się w oka mgnieniu - śpiewa lider Raz, Dwa, Trzy). Klaps nie jest metodą wychowawczą, o czym przekonywała mnie i zebraną publiczność Pewna Dorosła. Klaps jest aktem bezradność i zniecierpliwienia. Dowodem bezsilności i niekompetencji. Wymierzany jest po to, by ZMUSIĆ dziecko do posłuszeństwa, do bycia takim, jakim chcielibyśmy go widzieć.

Bicie jest głupie. Zgadzacie się? 

8.7.11

Poranne NIE

Dzisiaj rano Zo otworzyła oczy i prosto z mostu zakomunikowała: Nie dam Ci buziaka. A ja, jak jaka głupia, ucieszyłam się, choć chciałabym cały czas i przez całe życie móc ją przytulać i całować. Ucieszyłam się tak, jak ciesze się zawsze wtedy, gdy Zo jasno komunikuje czego chce, a czego na pewno nie chce. Czasem bywa to trudne, mniej dla mnie, bardziej dla otoczenia. Czasem niezrozumiałe albo rozumiane opacznie. Jak na przykład wtedy gdy Zo:
  • odmawia przytulenia się do swojej ulubionej cioci, 
  • odwraca buzię gdy dziadek chce ją pocałować, 
  • odtrąca rękę, która chce ją pogłaskać po głowie,
  • odwraca się plecami gdy rzeczy idą nie po jej myśli.
     Dlaczego te sytuacje wywołują moją radość? Ponieważ Zo stawia granice. Nie muszę tego robić za nią. Jestem uratowana!!! Nie wychowam córuni żądającego gwiazdki z nieba - o czym informuje mnie kolejny bestseller. Papier przyjmie przecież wszystko - myślę. A pieniądz - wiadomo - nie śmierdzi. Nasz rynek zalały wszechwiedzące poradniki (pewnie autorstwa wszechwiedzących dorosłych). Są wśród nich i takie, które dają prawo rodzicom do jednego klapsa. Spróbowałyby kto dać mi klapsa... Ale dziecku? Co za problem. Przecież jest nieposłuszne, wyrzuca piasek z piaskownicy, rzuca się na sklepową posadzkę, pokazuje język... Jeden klaps nikomu jeszcze nie zaszkodził, a ilu ludzi dzięki niemu wyszło na ludzi... GŁUPOTA...

      Pamiętam większość otrzymanych klapsów. Pamiętam także większość kłamstw, które uratowały mnie przed kolejnym klapsem. Wyszłam na ludzi, to prawda, ale nie z powodu klapsów. Możecie mi wierzyć.

      Wracając do porannego NIE. Cieszę się, że Zo nie jest "grzeczną dziewczynką" (to etykieta, na która  jestem szczególnie uczulona), która z uśmiechem od ucha do ucha zawsze mówi "dziekuję", "proszę", "przepraszam". Tą "grzeczną dziewczynką" która całuje przyszywaną ciocię, daje się wsadzać na barana widywanemu raz do roku wujkowi, czy podaje rękę każdemu spotkanemu dziecku.
Przesadzam?
     Ja wybieram ludzi, do których się przytulam i których całuję. Z jedną sąsiadką rozmawiam na klatce schodowej o kolejnej bezsensownej decyzji administracji, z inną - nie. Tej koleżance pożyczam żakiet, tamtej - nie. W autobusie nie ustępuję miejsca każdej starszej ode mnie osobie. To ja. A Zo?
    Od niej oczekuje się, że w piaskownicy będzie pożyczać swoje zabawki każdemu dziecku, dzielić się słodyczami, mówić dzień dobry wszystkim sąsiadom, nawet tej strasznej Pani z 2 piętra. Kiedy tego nie robi słyszy "ale z ciebie niegrzeczna dziewczynka". 
      Ja i Zo mamy takie same potrzeby (będą to powtarzać w kółko). Obie chcemy decydować o sobie i o swoich rzeczach. I obie nie jesteśmy ani grzeczne ani niegrzeczne. Po prostu jesteśmy.



Pozdrawiam Was.
Monika
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...