1.10.12

Życie z Życia (2)

Wspomnienia Agnieszki, mamy Jasia i Zuzi


Jan Kajetan – jak urodziłem się w domu.

Moja opowieść porodowa zaczyna się właściwie od zamknięcia Domu Narodzin. I nie jest to tylko historia o mnie i moich rodzicach, ale też o wielu ciotkach położnych, które pomagały mi na wszystkich etapach mojej drogi – kiedy byłem jeszcze w brzuszku, kiedy się rodziłem i potem, kiedy moja Mama miała niezliczone pytania jak najlepiej się mną opiekować. Okazuje się, że kiedy wszystko jest dobrze z ciążą i porodem lekarz w ogóle nie jest potrzebny!* Ale po kolei.

Szpital to nie jest miejsce dla zdrowych ludzi – stwierdziła moja Mama jeszcze zanim zaszła w ciążę, wzdragając się na myśl o szpitalnych procedurach, zapachach i nieprzyjaznej rutynie, w którą popadła większość kompetentnych skądinąd lekarzy, położnych i personelu szpitalnego. Poród w domu – cóż, jestem jej pierwszym dzieckiem i uznała, że to zbyt ryzykowne.
Dom Narodzin, miejsce gdzie bylibyśmy z Mamą otoczeni troskliwą i ciepłą uwagą a jednocześnie wyposażone w podstawowy sprzęt do ratowania życia i ze szpitalem na wyciągnięcie ręki, wydawał się moim Rodzicom rozwiązaniem idealnym. Kiedy dowiedzieli się, że Dom Narodzin jest zamknięty, byli w kropce. Mama przygotowała listę pytań do szpitala, ale szybko okazało się, że nie znajdziemy miejsca, które spełni wszystkie jej oczekiwania. Nieprzerwany kontakt ze mną po porodzie aż do po pierwszym karmieniu? Pępowina przecięta dopiero kiedy przestanie tętnić? Te i inne pomysły były nie do przyjęcia przez warszawskie szpitale. Znajomi i lekarze kręcili głowami słysząc, że Mama nie chce żadnych interwencji medycznych – oksytocyny, znieczulenia lekami… Na jej tłumaczenia, że wszystkie te interwencje mają swoje skutki uboczne, a jedna pociąga za sobą następne mówili tylko – zobaczysz jak zaczniesz rodzić, będziesz jeszcze wołać o znieczulenie. W końcu przestała tłumaczyć i przekonywać, że wie co dla nas jest najlepsze. Wszyscy odetchnęli kiedy zaczęła mówić, że urodzę się w szpitalu w Wołominie. Myślę, że gdyby nie wsparcie Taty, nie dałaby rady wytrzymać tej presji.

Wtedy Mama skontaktowała się z Ireną Chołuj, która przyjęła więcej porodów domowych, niż ja mam włosów na głowie (a trochę ich mam!). Ciocia Irenka zgodziła się pomóc przyjść mi na świat. Przywitała się ze mną cieplutko, pogłaskała mnie przez brzuszek i długo rozmawiała z Rodzicami. Po tej wizycie Mama była spokojniejsza, ale nadal trochę się obawiała, że możemy mieć jakieś kłopoty przy porodzie. Jednak im bliżej było terminu, tym bardziej była przekonana, że będziemy najszczęśliwsi, jeśli urodzę się w domu. Tym bardziej, że czytając „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj, „Odkrywam macierzyństwo” Preeti Agraval, a nawet Podręczną Encyklopedię Zdrowia (Zysk i S-ka, 2002) dowiedziała się, że kiedy nie ma kłopotów z ciążą, poród w domu jest tak samo bezpieczny jak w szpitalu.
Był jeszcze jeden kłopot. Miałem krótką pępowinę i nie dałem rady się obrócić. Mama masowała mnie przez brzuszek, jak jej pokazała ciocia Ania Litkie (która masowała ją w ciąży i po porodzie), kładła się z brzuszkiem do góry, ale mimo że się starałem, nie dałem rady się obrócić. Pomógł mi dopiero doktor Zwoliński w szpitalu na Madalińskiego. Poszło szybciutko, nawet nie zdążyłem się przestraszyć
Niezłego stracha napędziłem za to Mamie jak już zacząłem się rodzić. Ciocia Irenka była właśnie we Wrocławiu, a szpital w Wołominie chwilowo został zamknięty. Ale od czego ma się tyle super ciotek! Ciocia Irenka z ciocią Kasią Grzybowską (założycielką Domu Narodzin) razem przekonały Marię Romanowską, żeby pomogła mi przyjść na świat w domu. No tak, bo kiedy zacząłem się rodzić moja Mama już nie miała wątpliwości, że nigdzie nie idzie, zostaje w domu.
Urodziłem się 25 września, o 13.35 (3.7kg żywej wagi i 55cm wzrostu). W porodzie oprócz ciotki Mary towarzyszyła mi jeszcze Łucja "Lucy" Talma (obie ze szpitala Św. Zofii), no i oczywiście mój wspaniały Tata, który był przy Mamie cały czas i bardzo mocno ją wspierał. Sąsiedzi byli bardzo dzielni, ale i troskliwi (ktoś przyszedł zapytać czy nie trzeba przypadkiem pomóc, ktoś inny podesłał policję, a jeszcze ktoś karetkę).
Poród w domu był niesamowitym przeżyciem. Trwał 14 godzin. Ale ja właśnie tyle czasu potrzebowałem - urodziłem się różowiutki i prawie w ogóle nie płakałem :-) Nie jestem w stanie opisać jak ciepłe i intymne było to przeżycie dla całej naszej rodziny, mimo całego bólu który ze sobą niosło. Oby każdemu dane było doznać takich uczuć. Nie były potrzebne żadne interwencje medyczne. Mama znieczulana była naturalnie - masażem, akupresurą, ciepłą wodą w wannie. W nagrodę od pierwszych chwil po porodzie mogła siedzieć. Czujemy się dobrze. Ja jestem zdrowiutki i bardzo spokojny. Uwielbiam leżeć na brzuchach rodziców. Jem dużo i często. Od drugiego tygodnia życia rodzice zabierają mnie na spacery w chuście. Dzięki temu mogę sobie rozkosznie drzemać w uszach mając moją ulubioną muzykę - bicie ich serca.

* Dowiedziałem się, że położna może też prowadzić ciążę (i jest, moim zdaniem, bardziej w tym kompetentna niż lekarz, ponieważ interesuje ją nie tylko stan fizyczny przyszłej mamy, ale też jej psychika, nastawienie do porodu, itp.).

 

                                                                                                                                                      
W rolach głównych: 
Zuzia, Mama, Tata, Jaś
Ciotka Mary, Ciotka Ania, Ciotka Lusi i Ciotka Ewa
Koty Diego i Frida 
Muzyka: Oriental chillout; Leszek Możdżer; David Darling 
Światło: świece IKEA
Dekoracje: basen porodowy Le Basine
Akt I W drodze.
Scena 1
13 lipca, wtorek – wkraczam na scenę.
Scena 2
Kiełkuję w brzuszku mamy. Proszę mnie karmić tuż po obudzeniu i wcześnie chodzić spać. 
Z jedzenia najbardziej lubię zupki. Z zupek najbardziej lubię krupnik.
Za to nie lubię jak mama za dużo pracuje albo się denerwuje. Raz czy dwa aż musiałam się postarać, żeby się położyła i porządnie wypoczęła. Szczególnie jak zapomniała mnie rano nakarmić. I proszę mi nie mydlić oczu jakimś tam pobieraniem krwi.
Scena 3
Od początku dobrze się z mamą rozumiemy. Ja jej powiedziałam, że jestem dziewczynką, a ona mnie zapytała czy podoba mi się imię Zuzia. Owszem, podoba mi się, więc już wkrótce Jaś, mój braciszek, bawi się Zuzią z klocków lego, a wszyscy dookoła się zastanawiają skąd mama jest taka pewna, że to właśnie ja jestem w jej brzuszku. I co zrobi, jak okażę się być chłopcem. Ciotka Mary zapowiada nawet, że umrze w takiej sytuacji ze śmiechu. Oj, szkoda by było ciotki Mary.
Scena 4
Jest styczeń, siedzę w brzuszku od siedmiu miesięcy i robi się coraz ciaśniej. W Warszawie śnieg, a ja po raz pierwszy lecę samolotem. Do Egiptu, żebyśmy troszkę odpoczęły. Mama już się nie przepracowuje, bo od początku roku nie chodzi do pracy. Ale ciągle ma mnóstwo pomysłów na to, co może zrobić z wolnym czasem.  W Egipcie ma dla odmiany się zająć nicnierobieniem - mamy spacerować, spać i rozmawiać z ciocią Dziubsonem i ogólnie się relaksować. Ale mama zupełnie się nie zna na nicnierobieniu. W efekcie wracamy z olejnym obrazem jej autorstwa.
Akt II. Blisko. Coraz bliżej.
Scena 1
Za pięć dni zamierzam się urodzić, a tu nic nie gotowe. Mamo! Mamo!!! Maaamooo!!! No, wreszcie się ruszyła. No to torbę mamy spakowaną. Tak na wszelki wypadek, bo przecież nigdzie się nie wybieramy. Pieluszki gotowe. Ubranka ułożone, czekają. Ja też czekam. Ciasno tutaj.
Scena 2
Niedziela, a mama wciąż buja w obłokach. No, dosyć już tego ślęczenia przed komputerem. Mamo odpocznij, bo czekają nas męczące chwile. Dziś wieczorem się relaksujemy. Pam, pa pa pa ram, ra pa pam… Mamo, możesz znaleźć tą piosenkę? Chciałabym przy niej przychodzić na świat.
Scena 3
Poniedziałek. Aaaale jestem zmęczona! Spokój i odpoczynek. Tego potrzebuję najbardziej. Mamo, dzisiaj nigdzie się nie ruszamy. No, połóż się z powrotem. Śniadanie też możesz zjeść w łóżku. Tato, możesz zostać w domu i pilnować, żeby Jaś nam nie przeszkadzał? I jeszcze drugie śniadanie poprosimy. I obiad. I drugi obiad.
Scena 4
Poniedziałek około północy. Oj! ………Oj!............ Ooooj! Mamo, obudź się, coś się dzieje. Nie wiem co to i trochę się denerwuję. A nie, to Ty się denerwujesz, że Jaś śpi za ścianą! Trzask, zamknęły się drzwi. Tata zawozi Jasia do cioci Beatki i przywiezie ciocię Anię. Ufff, cisza, spokój i błogość. To może napijemy się herbatki?
Scena 5
Wtorek, około 3 nad ranem. Siedzimy w kuchni z tatą i ciocią Anią. Pijemy herbatę i opowiadamy sobie śmieszne historie. No dobrze, pora iść spać. Dobranoc.
Scena 6
Wtorek, rano. Jaki piękny dzień! Tak dawno nie było słońca, a tu proszę, świeci od samego rana. Dziś mam świetny humor i mnóstwo energii. To będzie dobry dzień. 
Zawozimy zaspaną ciocię Anię na hiszpański i idziemy do lasu. Na Łosiowych Błotach toczy się ptasie życie towarzyskie tio, tio, fiju fiu fiu…, szumi strumyk i wiatr w gałęziach, zza których wyglądają ciepłe promienie słońca. Rytmicznie postukują mamine kijki do nordic walking. Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk…Stop. Rozglądamy się wokół, głęboko oddychamy i po chwili skurcz mija. Seans relaksacyjny z przerwami co 15 minut – puk, puk mamo, to już niedługo.Telefon od dziadka Grześka dodaje otuchy.  
Scena 7
Na Blizne przywitałyśmy się z babcią Marylką i dziadkiem Zenkiem – szczęśliwym, że spełniło się jego pielgrzymkowe życzenie – miałam się pojawić na świecie już po ich powrocie z Izraela.
Scena 8
Teraz jeszcze samochodem do domu na masaż. Ciotka Ania już od dwóch tygodni przypominała mi, że niedługo będę się wyprawiała na świat, ale dopiero dziś potraktowałam ją poważnie. Po masażu mama zgrywała chojraka i chciała jeszcze jechać po Jaśka, ale na szczęście chwilę zaczekała i wtedy zaczęło się dziać. Jako, że skurcze były coraz częstsze, mama usiadła na piłce. Tam przychodziły co 8-12 minut,   chciała się z tej piłki podnieść, to łapał ją skurcz. W końcu zadzwoniła po instrukcje do ciotki Mary, która jak zawsze przytomna i pragmatyczna kazała przestać kombinować, zapakować się do wanny i wyciszyć. Ale ja byłam już w drodze. I tylko magiczne dłonie cioci Ani zdejmowały ból pozostawiając przyjemne uczucie rozciągania. Tata wrócił z pracy o 16, w sam raz żeby pobyć z nami przez chwilę w łazience, przygotować basen porodowy, zainstalować oprawę świetlno-muzyczną i pojechać do Jaśka,któremu właśnie zaczynało się kolejne zapalenie krtani. I tak Tata przyjechał na stałe  tuż przed ciotką Mary, która pojawiła się o 18 i stwierdziła 6 centymetrów rozwarcia. Jak to? To już??? To przecież powinno boleć!
Szybko, coraz szybciej. Skurcz za skurczem. Dlaczego te przerwy są takie krótkie? W końcu chwila oddechu… I, o rety, uwaga, wychodzę! Trzymaj się Mamo, za chwilę będę! „Patrz, kto do Ciebie płynie!” – to ciotka Mary. Aaaa, jak tu zimno.Gdzie jesteś Mamo? – Tu jestem.
Jestem. Jestem.


30.9.12

Życie z Życia (1)

         W tygodniu z Międzynarodowym Dniem Empatii (2 października) mam dla Was kilka cudownych opowieści o Nowym Życiu. Zaprosiłam empatyczne mamy do podzielenia się ze mną i z Wami wydarzeniem, które na zawsze zmieniło ich Teraźniejszość i Przyszłość. 
      
Wspomnienie Karoliny, mamy Klary.

Pozwoliła nam zjeść wigilijną kolację, ekscytować się prezentami i słodkim ociężałym bezruchem. Wróciliśmy do domu, kąpiel i spać. Zaplotłam warkocze. Wiedziałam, że przez najbliższe kilka dni włosy będą przeszkadzały….
Boże Narodzenie, pierwszy dzień świąt, budzimy się i ja już wiem. Nie musimy pakować torby, a tak straszyli, że trzeba ją będzie wołać, że trzeba będzie iść do szpitala. Zaczęło się, jestem taka szczęśliwa, nic mnie nie boli, tylko czuję intensywnie skurcze, nie są regularne ale ja wiem, że dziecko już jest gotowe.  Tatuś mojej córeczki rozśmiesza mnie swoją skrupulatnością w notowaniu skurczy, jest tak miło, jemy śniadanie. Dzwonimy do naszej położnej…..
Ja wiedziałam, że Ty w święta zaczniesz rodzić… Za godzinę jest u nas. Biegnie umyć ręce i wyciąga trąbkę, przykłada do brzucha.
Jest tętno. Uff. Kładę się.  Jezuuuu, jaki ból, badanie rozwarcia. 4 cm. Uff. Zostajemy w domu. Gawędzimy, pijemy herbatę, ja spaceruję, od czasu do czasu kucam, leniwa świąteczna atmosfera, nucę kolędy. Czuję się świetnie, przyjeżdża druga położna.  Jakub krząta się w kuchni i gotuje rosół z karpia. Położne opowiadają o porodach, o zdrowym jedzeniu….. mam tyle im do przekazania ale powoli moja świadomość zaczyna zjeżdżać w dół ciała i tracę zainteresowanie rozmowami, idę do drugiego pokoju, chcę być sama…. W samotności zaczyna powoli, wraz ze skurczami, wydobywać się ze mnie głos, wydaje mi się że bardzo głośny, niepohamowany ale położne mówią: Jak potrzebujesz to krzycz głośniej….
Zaskakuje mnie ta potrzeba bycia samej, w ciszy. Patrzę na ogień w kominku, kucam opierając się o stół i czuję swoje ciało, intensywnie, doskonale, zadziwiam się, że takie mocne, zadziwiam się dlaczego otwieranie się ciała nazywa się skurcz…. Jest coraz intensywniej. Położne chcą sprawdzić. Tym razem się opieram i napinam, skurcze mimo intensywności nie są bólem, boli badanie. Jest 7 centymetrów, a pęcherz cały, wody nie poszły. 4 godziny od przyjazdu pierwszej położnej. Proponują wannę. Idziemy do łazienki, woda zmniejsza intensywność…. Tatuś mojej córeczki masuje kręgosłup, podtrzymuje, gładzi głowę. Sam wie co robić. Uczestniczy. Jest w porodzie, to jego też dotyczy.
Jesteśmy sami w łazience, szumi grzejnik, nawet mi nie przeszkadza, choć zwykle tak go nie lubię. Patrzymy sobie w oczy, nie wiem jak długo.  Myślałam, że go nie będę chciała, myślałam, że chcę kobiet: przyjaciółek, matki, siostry ….trzymania za ręce, śpiewu. Okazało się, że to jego oczy są mi niezbędne do przyjścia tego procesu.
Woda stygnie, nie chcę wychodzić ale trzeba sprawdzić…. Idę do pokoju, zmęczyłam się w łazience, byliśmy tam 2 godziny. Ale jest już 9 centymetrów… Położne otwierają swoje torby,  przebierają się,  cieszą się, że tak pięknie wszystko idzie, przypominają, że między skurczami mam mocno odpoczywać bo lada moment zacznie się parcie. Zostajemy w łóżku, tutaj to będzie.  Tutaj spotkamy się z naszą córeczką, nie w wannie. Dużo spraw w czasie tego porodu uległo zmianie - nie włączyłam muzyki, chciałam ciszy, nie zadzwoniłam do nikogo poza mamą - nie chciałam nikogo w to angażować, nie chciałam urodzić do wody…  Mija godzina- nadal 9 cm. Patrzymy na siebie. Znowu badanie, obie sprawdzają. Wyję, boli. Boli bo już wiem, że one zdecydowały, mimo że nie powiedziały ani słowa.  Każą wziąć torbę i jedziemy do szpitala. Torby nie ma. Nie chciałam iść do szpitala, nie przygotowałam się na szpital. Zaczynam walczyć, zaczyna mnie boleć, zaczynam płakać, gryźć się w język. Cała w sekundę jestem skurczona, zmarznięta, niepogodzona. Nie pomagają kojące słowa. Bywa. Nieprzewidywalne. Samo życie. Tatuś mojej córeczki szybko pod dyktando pakuje torbę, ja powstrzymuję parcie, które się pojawiło. Ostatni błysk nadziei, ostatnie badanie, może ruszyło i szyjka puściła.
Niestety, jest jeszcze trochę, nie przyj, nie przyj, oddychaj, zziajany pies……
Wsiadamy do samochodu.  Już wiem, że jedziemy na cięcie. Pytam ile to trwa. Położna, które jedzie z nami próbuje pocieszać.
Dostaniesz oksytocynę, przebiją pęcherz, będą monitorować tętno i raz dwa urodzisz i zaraz wrócimy do domu. Pewnie lotosowo się nie uda ale wszystko się ułoży. Słucham ale nie wierzę, widzę jak szybko jedziemy, jak pusto na ulicach, późny wieczór, Boże Narodzenie, pierwszy dzień świąt. Skurcz za skurczem bez przerwy.
Wchodzimy na izbę. Chyba obudziliśmy położną. Jest zabawnie, pani odpytuje mnie z imion, nazwiska a ja co minutę hyc pod biurko w kucki….. mówię, że mam parte i co mam z tym fantem zrobić…, a pani w fartuchu,  że papiery, ja że parte, ona że papiery i że widziała takie parte bez rozwarcia, no to mówię, że mam 9 cm…. ona kapituluje i mówi dobra, zbadam panią, bada i nagle papiery nie mają znaczenia, wózek i jedziemy szybko na oddział, pierwsze minuty unieruchomienia w wózku , w windzie - boli.  Na oddziale patrzą jak na wariatkę, opieprzają za pomysł porodu w domu, w dwudziestym pierwszym wieku, tatuś córeczki broni. Każą się położyć na stole, przypinają  ktg,wbijają wenflon, coś wstrzykują, tatuś protestuje pyta co to - nikt nic nie mówi, już jestem numerem w systemie medycznym, wdrażają procedurę - przez chwilę nie czuję się człowiekiem tylko skomplikowaną rodzącą.  Tlen pachnie mentolem- co za ohyda, ale godzę się, mówią magiczne – to dla dziecka. Wytrych ale im wierzę, nie mam wyjścia, próbuję dyskutować, bronić, tracę niepotrzebnie energię.  Przychodzi lekarka, przebija pęcherz, ciepłe wody chlustają na nogi - czyste- zdziwienie, bo jesteśmy dużo po terminie…Wsłuchuję się w szybki stukot urządzenia ktg, dziwnie zwalnia… Jeszcze jeden lekarz…
Cięcie, już nie czekamy.
Błagam, nie odchodź, nie zostawiaj mnie, nie pójdę tam sama, musisz przy nas być, nie dam rady sama… Bądź.  
Procedura dopuszcza tatę w narodzinach przez cc. Poddałam się, zgodziłam. Idę na salę, siadam na stole, anestezjolog gładko wbija mi igłę w kręgosłup,  kładę się. Przychodzi Jakub w zielonym stroju jakiegoś lekarza. Jaki on śliczny, myślę. Staje jak anioł stróż u mojej głowy.
Dziewczynka. Idź do niej, trzymaj za piętę, za cokolwiek. Dotykaj ją.  Idź. 
Poszedł. Te minuty są ich. Oni się witają pierwsi. Ojciec. Córka. 
Mrugam, widzę tęcze. Łzy wpływają do uszu. Z tęczy wyłania się Jakub, w zielonej serwetce trzyma Klarę. Taką maleńką, czarną łepetynkę. Kładzie mi ją na twarzy. Jest tak miękka, tak jak nic wcześniej. Tak mnie ślini, słyszę jak mlaska.  Wiem czego chce, a ja nie mogę Jej tego dać. Jakub ją przytula. Widzę jak pełznie po zielonej koszuli. Dzielna dziewczyna. Akrobatka.  Patrzę na nich. Czuję coś czego, nie czułam nigdy wcześniej.
Jedziemy na salę pooperacyjną.  Zostawiają nas na chwilę. Jesteśmy w trójkę. Jestem zdziwiona, że Ona tak bardzo jest, że jest taka rzeczywista, taka wyraźna, piękna, moja, nasza. Że się porusza miękko. Że ma tak jasne paluszki i długie paznokcie i wyciamkany kciuk. Stęka cichuteńko.
Je. Skąd wie? Skąd ja wiem jak ją trzymać? Wiem. Nie mówimy nic. Jesteśmy.  
Co jest w tym worku?
Placenta.
Dali? 
Kazałem zapakować.
Zaimponował mi. Ja myślałam tylko o tym jak zawiodłam. Przychodzi moja położna. Podziwia dziewczynkę, pyta ją co wykombinowała, dlaczego jej się zachciało fikołków, obrotów… nie wiemy. To tajemnica na razie.
Przychodzą szpitalne, jest po północy Państwo musicie iść, odwozimy panią na salę.
Nie. Nie. Jeszcze nie jestem gotowa. Jeszcze chce być z Klarą, z Jakubem. Z nimi. Potrzebuję tego nowego razem. Tym się pożywić po wysiłku. To jest moje lekarstwo na rozczarowanie.
Zabieramy dziecko.
Nie oddali jej do rana. Zostawili mnie na sali z innymi kobietami, z innymi dziećmi. Powiedziały- dzwonić tylko w pilnych sprawach, są święta. Nie powiedzieli, że jak przestaje działać znieczulenie to tak strasznie boli, ruszyć nie można bo dziura w kręgosłupie, płyn się może wysączyć, bez ruchu…. 12 godzin.  Ale, że krew się intensywnie wysącza to nie powiedzieli. Która sprawa jest pilna?
Nie umiem zasnąć. Skurcze są dużo bardziej bolesne niż porodowe, a każdy przecięty wpół. Nie byłam przygotowana na to. Nie chciałam do szpitala. Jak można sobie tego życzyć. Cięcia.
Takie rozczarowanie. Tak bardzo ją zawiodłam. Każda myśl mnie kaleczy. Klara, sama, w przezroczystej rynience, ubrana w obce ciuszki, obcymi rękami, wytarta, owinięta w kocyk. Popadam w taką rozpacz jak nigdy. Ostatkiem sił łapię się w garść żeby nie spaść w tą przepaść. To mnie najwięcej kosztowało, to był największy wysiłek w całym porodzie. Zawrócić w momencie staczania się na dno gdzie wszystkie moje zmory….
Zamiast tego przez wiele godzin powtarzam w głowie - Kocham Cię córeczko, jestem obok, kocham...


27.9.12

Empatyczna Komunikacja

 „Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie” (M. Gandhi)


Zapraszam na warsztaty „Empatycznej komunikacji” do Instytutu Świadomego Rodzicielstwa w Krakowie. Pierwsze spotkanie odbędzie się 6 października (sobota) o godzinie 10.00. Osoby zainteresowane proszę o kontakt mailowy z Panią Ewą Ratajczyk: instytut@kcz.org.pl 

Spotkanie 1: „Nie wychowuję na jutro, czyli rzecz o kontakcie”
  • Żyrafa i Szakal, czyli dwa style komunikacji
  • metoda 4 kroków, czyli o skutecznej komunikacji
  • zielona i niebieska ścieżka w komunikacji
  • komunikaty zrywające kontakt
Spotkanie 2: „Nie rób byle czego, lepiej stój i patrz”
  • potęga empatii
  • słuchanie uczuć i potrzeb
  • współczujący kontakt z samym sobą
  • empatia jako odpowiedź na odmowę, milczenie, osąd, krytykowanie itp.
  • wyrażanie uznania w PbP
Spotkanie 3: „NIE dla Ciebie, TAK dla mnie”
  • czuję, bo potrzebuję (potrzeby dziecka – potrzeby rodzica)
  • dobrodziejstwo dziecięcego „nie”
  • „nie”, które nie rani
Spotkanie 4: „Kara i nagroda – raniące konsekwencje wychowawcze”
  • krytyka, ocena, porównywanie, zwracanie uwagi, czyli o zrywaniu kontaktu
  • pochwała, nagroda, czyli o budowaniu społeczeństwa rywalizacji 
  • kary i nagrody, czyli warunkowe rodzicielstwo 
  • alternatywa dla kar i nagród 
Spotkanie 5: „Władza NAD czy władza Z dzieckiem?”
  • odpowiedzialność czy posłuszeństwo?
  • o granicach dzieci i rodziców
  • „chcę/nie chcę, lubię/nie lubię, podoba mi się/nie podoba mi się”, czyli używanie języka osobistego
  • użycie siły ochronnej
Spotkanie 6: „Chcesz być szczęśliwy czy mieć rację?” /Rosenberg/
  • uczucia „odcinające od życia”
  • trudne emocje, czyli co z nimi zrobić
  • wyrażanie bólu i gniewu
  • taniec Szakala
Spotkanie 7: „Konflikty, czyli tragiczny wyraz niezaspokojonych potrzeb”
  • kiedy kłóci się rodzeństwo
  • konflikty w rodzinie
  • konflikt zewnętrzny, a konflikt wewnętrzny
  • mediacja w oparciu o PbP
Spotkanie 8: „Edukacja wzbogacająca życie”
  • przedszkole i szkoła jako miejsce wzbogacające życie
  • motywacja zewnętrzna, a motywacja wewnętrzna
  • rodzic – nauczyciel, czyli o partnerskich relacjach 
  • wspieranie dziecka 



24.9.12

Jesper Juul dla Ciebie

     Lubię Juula. Za Jego ogromny szacunek dla człowieka, Małego i Dużego. Za zaufanie do dziecka i rodzica, wiarę w ich kompetencje. Lubię Go, bo Juul jak mało kto, nie poucza, nie straszy, nie obiecuje, nie roztacza wizji idealnej rodziny, a jedynie dzieli się wieloletnim doświadczeniem. Podaje przykłady, stawia pytania, wyciąga wnioski, zachęca do weryfikacji swoich postaw i zaprasza do tworzenia prawdziwych relacji w rodzinie. U Juula zachwyca mnie także to, że ten światowej sławy terapeuta otwarcie pisze o swoich "wątpliwych" decyzjach wychowawczych.

    Dzięki Wydawnictwu MiND mam dla Was cztery książki Jespera Juula:
  1. Uśmiechnij się! Siadamy do stołu
  2. Twoja kompetentna rodzina
  3. Przestrzeń dla rodziny 
  4. Być mężem i ojcem
     Jeśli macie ochotę powiększyć swoją domową bibliotekę o książkę tego autora zostawcie pod postem komentarz. Napiszcie którą książkę chcecie i dlaczego.
2 października (Międzynarodowy Dzień Empatii) wylosuję cztery osoby, do których powędrują książki Juula. 


     Będzie mi miło, jeśli osoby piszące bloga umieszczą u siebie informacje o candy, a ci, którzy posiadają konto na FB poinformują swoich znajomych o możliwości otrzymania książek Juula.

Pozdrawiam Was jesiennie.
Monika 

22.9.12

Piaskowy Wilk wędruje do...

Oliwki i Karola.



Gratuluję!

Proszę o kontakt mailowy.

15.9.12

O przywiązaniu

„Stwierdzenie, że dziecko jest przywiązane do kogoś oznacza tyle, iż ma ono silną skłonność do poszukiwania bliskości i kontaktu z tą konkretną osobą, zwłaszcza w sytuacjach, gdy jest przestraszone lub cierpiące (np. głodne, chore, zmęczone).”
                                                                                   J. Bowlby

     Byłam na dwudniowej konferencji "Regulacja emocji w świetle teorii i przywiązania" i w przyszłym roku też jadę :) 

      Choć o więzi i rodzicielstwie bliskości co nieco wiem, to z otwartym umysłem i sercem przyjmowałam każde słowo. To, co intuicyjnie wiedziałam, a w zasadzie wyczuwałam; to, o czym godzinami rozmawiałam z przyjaciółkami; to, co przeczytałam w tej czy innej książce, tutaj zostało potwierdzone przez naukę i badania. 

        Mam dla Was Myśli zapisane na konferencji. Może będą inspiracją. 
  • są trzy style przywiązania: bezpieczny, ambiwalentno - lękowy oraz unikający, w tym unikająco - lękowy i unikająco - unikający. O stylach przeczytacie tutaj;
  • dla tworzenia więzi ważny jest okres prenatalny. W tym okresie powstaje co prawda jednostronna relacja (mama-dziecko) ale nie bez znaczenia dla dziecka, jego mózgu ma fakt, co mama przeżywa, myśli, co je i pije;
  • bezpieczna więź chroni człowieka od poczęcia do śmierci;
  • o jakości, stylu nawiązywanych relacji w dorosłym życiu decyduje przede wszystkim (czyli nie tylko) styl przywiązania jaki mieliśmy w dzieciństwie z rodzicem, zwykle z mamą;
  • bezpieczny styl przywiązania kształtuje się wówczas, gdy rodzic reaguje na sygnały wysyłane przez dziecko. Im szybciej reaguje, tym trwalsza jest owa więź;
  •  Maluch pozbawiony opiekuna (nie musi to być biologiczny rodzic) lub posiadający opiekuna, który zwleka z zaspokojeniem jego potrzeb może mieć problem z nawiązywaniem relacji opartych na bezpiecznym stylu przywiązania; 
  •  styl przywiązania nie jest dany raz na zawsze. Traumatyczne wydarzenia mogą pozbawić człowieka stylu bezpiecznego, a Wzbogacające - przybliżyć do bezpiecznej;
  • bezpieczne przywiązanie pozwala dziecku na kroczenie przed rodzicem, zaspakajanie swojej ciekawości, poznawanie świata, doświadczanie. Gdy pojawia się niebezpieczeństwo dziecko powraca do rodzica, chwyta go z rękę, przytula się, by go opuścić, gdy niebezpieczeństwo minie;
  • małe dziecko może stworzyć bezpieczną więź zaledwie z kilkoma osobami. Im ich mniej, tym lepiej;
  • bezpieczny styl przywiązania dziecko wykształca do 3-4 roku życia dlatego im wcześniej dziecko zostanie przysposobione tym lepiej;
  • bezpieczeństwo = przewidywalność (małe dzieci);
  • przedwczesna separacja zaburza więź. Lęk wyzwala produkcję kortyzolu (hormon stresu), który uszkadza mózg;
  • bezpieczna więź to prawidłowy rozwój emocjonalny, intelektualny i społeczny dziecka
  • tworzeniu bliskiej więzi sprzyja wiedza o rozwoju dziecka;
  • dziecko z pozabezpiecznym stylem przywiązania ma mniejszą samoświadomość emocjonalną
    i kłopoty z rozpoznawaniem emocji innych;
  • "domaganie się" przez dziecko brania na ręce, przytulania, kołysania, śpiewania itp. to zaproszenie do stworzenia więzi. Dzieci, które tego nie robią winny być stymulowane do "domagania się";
  • do regulacji emocji dziecko potrzebuje fizycznego kontaktu, bliskości. Dziecko odesłane do drugiego pokoju nie ma szans na zadbanie o siebie;
  • jakość opieki nad niemowlęciem determinuje późniejszą zdolność do radzenia sobie z emocjami;
  • skłonność do tworzenia silnych więzi to wrodzony mechanizm. Wrodzona jest także potrzeba opieki jaką dorosły roztacza nad dzieckiem;

Zainteresowanych stylami przywiązania odsyłam tutaj: 
      
    

12.9.12

Słów kilka o kilku książkach

        Subiektywny przegląd literatury, a właściwie antyliteratury, przygotowany przez Ewelinę, współzałożycielkę Klubu Oddychających Mam, która na co dzień wspiera szkolne dzieci w ich kompetencji i promuje idee rodzicielstwa opartego na empatycznej komunikacji. 
     
     O zgrozo! To jedno cisnęło mi się na usta, gdy pewnego popołudnia zajrzałam w jednej z najbardziej popularnych księgarni na dział poradników związanych z psychologią i wychowywaniem dzieci. Od razu uprzedzam - tekst będzie absolutnie subiektywny, bardzo emocjonalny i napisany wyłącznie w oparciu o tytuły - jak dla mnie wiele już mówiące - poradników dla początkujących rodziców.
Oto kilka z nich: 
"Poskramianie małego dziecka" - jakie macie skojarzenia? Ja jedno, zresztą raz w miejscu dość szczególnym (kościół) usłyszałam, że powinnam poskromić moją córkę, która nie hałasowała, nie biegała, tylko raz na jakiś czas w podskokach przemierzała odległość między mną, a swoim tatą. Rozumiem potrzeby nadawcy, ale nie o tym tu i teraz, tylko o poskramianiu, które przede wszystkim, jak podaje Słownik Języka Polskiego, oznacza:
1. uczynić uległym dzikie zwierzę;
2. zmusić kogoś do posłuszeństwa;
3. powstrzymać, powściągnąć czyjeś pragnienia, dążenia itp. uważane za szkodliwe; pohamować, okiełznać, ujarzmić.
Czyli, małe dziecko od początku należy uczynić uległym, posłusznym, podporządkowanym woli i pragnieniom rodziców, opiekunów bez uwzględnienia jego pragnień, potrzeb i uczuć. Rewelacja!

„Wychowywanie chłopców” i wersja damska „Jak wychować dziewczynkę?”. Wiadomo, że inne będą pełnili role społeczne, z innymi zadaniami będą się mierzyć, ale czy „wychowywanie”, które dla mnie oznacza m.in. wskazywanie wartości, ma wprowadzać podział ze względu na płeć?
Czy chodzi raczej o stereotypy, że chłopcy nie płaczą, a dziewczynki siedzą cicho i nie oddzywają się niepytane?

Kolejna pozycja – która mną wstrząsnęła – „Każde dziecko może nauczyć się spać”.
Jak to? To są takie, które nie umieją, które nie potrafią zaspokoić swojej najbardziej podstawowej potrzeby fizjologicznej?! Rozumiem różne zaburzenia snu wywołane czynnikami chorobowymi, ząbkowaniem itd., ale, żeby uczyć dziecko spać? Chyba, że ma zasnąć wtedy, kiedy chce mama, a nie wówczas, gdy jest zmęczone i senne. No to poradnik wielce praktyczny.

„Jak przechytrzyć dziecko?” Na miłość boską, przechytrzyć?! To relacja z dzieckiem jest jakąś walką, rozgrywką, podstępnie skonstruowanym planem pełnym manipulacji i kłamstwa?

Na koniec dwa poradniki – myślę, że najbardziej znane, najchętniej kupowane i polecane sobie nawzajem przez rodziców - i niestety – skrupulatnie wcielane w życie – „I ty możesz mieć super dziecko” oraz „Język niemowląt” czy „Język dwulatka”, no to w sumie trzy :)
Myślę, że o popularności tych książek i metod wychowawczych w nich proponowanych decyduje postać samych autorek – kobiet mających doświadczenie i wykształcenie, a więc teorię i praktykę jako silny i wiarygodny argument w budowaniu własnego autorytetu i zaufania, jakim obdarzają je rodzice.
Ja sama padłam „ofiarą” i jednej, i drugiej, na szczęście na krótko i nie odbiło się to negatywnie na mojej relacji z córką. Ale dobrze wiem, obserwuję to niejednokrotnie w kontaktach z innymi rodzicami i dzieciakami, jak często ich porady są praktykowane, z jakim zafascynowaniem z powodu ich skuteczności są urzeczywistniane.
       Ale trzymać się będę interpretacji samych tytułów – „I ty możesz mieć super dziecko” – któż by nie chciał? Ale co to znaczy „super”? I dlaczego dopiero mogę mieć, a nie już mam? Dlaczego już na starcie moje dziecko jest etykietowane – i to negatywnie – no bo super jeszcze nie jest, będzie jak zastosuję metody pani Z. A jak nie, to będę żyła z poczuciem porażki i poczuciem winy i żalu, że nie ukształtowałam super dziecka.
      Mam wrażenie, że „Język niemowląt” jest z tych wszystkich tytułów najbardziej pociągający, a tym samym niebezpieczny. No bo któraż matka kilkutygodniowego brzdąca nie chciałaby jak najlepiej rozpoznawać sygnałów swojego Maleństwa? Każda z nas zrobi wszystko, by jak najlepiej odpowiadać na potrzeby niemowlęcia, które komunikuje się z nami w zawoalowany sposób, a tu proszę – spada niemal z nieba zagubionej matce – swoisty słownik języka maluchów.
Serce mnie boli na myśl o tym, jak dramatyczne w skutkach może być stosowanie proponowanych metod postępowania w kontakcie z niemowlęciem. 
 
Jak często - mam wrażenie – wszystkie te poradniki podają złote środki na wychowywanie dzieci, nie tylko nie uwzględniając autentycznych uczuć i potrzeb małych dorosłych, ale także i ich rodziców. Jak mało tu szacunku, wrażliwości i uważności. Jak wiele skuteczności, szybkości, niezawodności. I może nie ma się co dziwić – wielu rodziców tego oczekuje w zabieganym świecie. I nie dziwi mnie też, że wielu – zagubionych, zdezorientowanych, czasem niepewnych swoich rodzicielskich kompetencji, zniechęconych poradami mamy, babci i teściowej czy wreszcie skrajnie zmęczonych i wyczerpanych rodziców, chętnie i bez większego namysłu nabędzie tę czy inną pozycję, by z powrotem odwrócić to, co stanęło na głowie.
Nie chcę się zastanawiać, co kieruje autorami podobnych poradników. Pozostaje mi jedynie wiara i nadzieja, że wcześniej czy później (oby wcześniej) każda mama i każdy tata odkryją prawdziwie wartościowe i podnoszące jakość ich rodzicielstwa, a tym samym umacniające ich więź z dziećmi pozycje książkowe.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...